PODZIEL SIĘ

Lucyfer: 1×05 – Sweet Kicks.

UWAGA! Recenzja zawierająca spoilery! Jeśli nie oglądałeś, nie czytaj!

Aby napisać te kilkadziesiąt zdań, znajdujących się poniżej, 5 odcinek Lucyfera musiałam obejrzeć jakieś cztery razy, co przełożyło się na opóźnione, dwie z resztą, recenzje. Moje pierwsze wrażenie o tym odcinku – co to w ogóle jest?! Wątek bez ładu, ani składu jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Ale kiedy się przejrzy ten odcinek któryś tam raz z kolei, można wyłapać o co chodziło i jaki sens miał w ogóle ten epizod.

Jak zwykle w każdym odcinku, sprawa do rozwiązania musi być. I to nie byle jaka sprawa. Podczas pokazu nowej kolekcji butów, w której Lucyfer również uczestniczył, zadeptana i to dosłownie została dziewczyna. Rzec się chce, że scena żywcem wyjęta ze studenckiej imprezy, która odbyła się na Bydgoskim Uniwersytecie. Kto wie, może akurat scenarzyści czerpali inspirację z tej feralnej zabawy, która miejsce miała kilka miesięcy temu. Tak czy inaczej, poszkodowanym nie była ta drobna dziewczyna, lecz Benny Choi, projektant butów, za które jak to rzekła Maze ‘każdy jest w stanie zabić…’. Oczywiście na jednej ofierze się nie skończyło, co zaskakujące, bo kolejną była… świnka Benny’ego. Jeśli oglądaliście, to na pewno wiecie co tam się działo.

Czy tylko mnie zawsze zaskakuje, że policja w serialach potrafi rozwiązać sprawę w mniej niż 45 minut, a Polska policja potrzebuje na to kilka lat i to nie zawsze udaje się takową zagadkę rozwiązać. Bez urazy oczywiście, nie bierzcie wszystkiego co piszę do siebie, bo czasem lubię puścić do tekstu troszeczkę ironii. Wracając do sprawy morderstwa, podejrzanych oczywiście jak na pęczki, ale żaden z nich krwi na rękach nie miał, więc jak tu znaleźć sprawcę? Oczywiście najciemniej zawsze pod latarnią i tutaj wplata się wątek z poprzedniego odcinka. Główny poszkodowany pozoruje strzelaninę na swoim pokazie, aby wrobić kolegę, który w jakimś stopniu niby jest lepszy i może zagrażać jego karierze. Przykro koleżko, sam się zniszczyłeś…

Amenadiel udaje lekarza, aby zdobyć jakiekolwiek informacje o stanie mentalnym brata. Osobiście, bardzo bawi mnie taki luzacki, a zarazem sztywny Anioł, co daje mu naprawdę dużo punktów. Mam taką cichą nadzieję, że brat naszego Lucka przekona się co do życia w Los Angeles i postanowi zostać na dłużej, zwłaszcza, że ewidentnie wpadł w oko Dr Martin. Ciekawi mnie, jak producenci dalej poprowadzą ten wątek.

Coraz bardziej intrygującą postacią jest Maze. Można powiedzieć, iż w dużym stopniu jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo Lucyfera na Ziemi. Sam zainteresowany od samego początku ewidentnie zlewa Mazikeen, a o pomoc prosi tylko wtedy, gdy trzeba pobawić się w wyznaczanie sprawiedliwości. Co jak co, ale scena, w której Diablica ratuje Luckowi tyłek – bardzo dobra. Oczywiście jak to zawsze w tego typu filmach bywa, Maze zauroczona jest Morningstarem co jego nie bardzo obchodzi. To też w pewnym sensie zasiewa niepewność, bo skoro Lucek lata za Chloe to co z Maze? Ostatnia scena z epizodu zwiastuje cięższe niż do tej pory momenty między Chloe a Mazikeen. No, bo ta druga łatwo nie odpuści, a ta pierwsza coś się wydaje, ostro będzie walczyć z rywalką. Oczywiście zawsze spór toczy się wokół Diabła, więc chyba każdy wie na jakim tle będzie to spięcie.

Chloe to ten rodzaj kobiety, który za wszelką cenę pragnie udowodnić każdemu wokół, że jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim. Trochę to się robi nudne, jak pragnie wykluczyć możliwych pomocników z życia i być niezależną, ale nie zawsze to się udaje. W tym odcinku nie popisała się, tak jak większość . Mam nadzieję, że producenci dodadzą tej postaci pazura i zrobią z niej ciekawszą niż dotąd bohaterkę.

Najlepsze zostawiam na koniec, więc ta dam! Czas się przyczepić do Lucyfera. Urok i ostry język to cechy rozpoznawcze Morningstara. Oczywiście nie obeszłoby się bez mocniejszego trunku, więc w tym odcinku mamy okazję widzieć go pijącego razem z Decker. Co bardzo dziwne, bo jeszcze odcinek temu mówiła, że żadnego alkoholu… Teraz skok do innego tematu, zauważyliście jak Lucek wymusza wszystko na ludziach? Ta postrzelona noga była hitem tego, oraz poprzedniego epizodu. Niebywałe, jak Ci ludzie tak łatwo poddają się temu szantażyście.

„To legalne? Zostawiać dziecko w zamkniętym samochodzie?” Cytat odcinka, który podbił moje serce. Faktycznie, zostawianie dziecka w zamkniętym aucie jest targnięciem na jego życie, a nawet zdrowie. Wracając, Morningstar tak cudownie to powiedział, że nie mogłam się nie uśmiechnąć. Mina dwuletniego chłopca, na moje wykrzywianie buzi w niektórych momentach, była bezcenna. Od tamtej pory patrzy na mnie jak na wariatkę.
Kolejnym tematem, który według mnie się już trochę przejadł, jest takie lekkomyślne podejście Lucyfera do życia. Z tego co zauważyłam, szybko się tego nie pozbędziemy, bo Diabeł pragnie odkrywać swoje granice, co sprawia go bardziej dzieckiem niż dorosłym mężczyzną, więc każdy chyba chciałby go zamknąć w aucie.

Przemowa w magazynie – bezcenna. Coraz bardziej zadziwia mnie jak Devil potrafi zmieniać tematy i to tak, żeby ludzie wdawali się z nim w dyskusje. Zaskakujące i zarazem intrygujące. Chcę więcej!

Ogółem odcinek był dobry, ale nie najlepszy. Humor się pojawił, jakoś się wątek przewinął i święto. Mam wrażenie, że scenarzyści wymyślili ten epizod tak na poczekaniu. Uwierzcie, ja tak czasem piszę zadania i wychodzą sto razy lepiej.

Moja ocena dla Sweet Kicks to 6/10.

Lucyfer: 1×06 – Favorite Son

UWAGA! Recenzja zawierająca spoilery! Jeśli nie oglądałeś, nie czytaj!

Zaskoczę Was oraz samą siebie i tą recenzję napiszę krótko i w całej postaram się zachować powagę. Zadziwiające, bo odcinek bardzo mi się podobał i z czystym sumieniem stwierdzam, że jest to chyba najlepszy, z do tej pory wyemitowanych.

Głównym wątkiem w 6 epizodzie jest kradzież kontenera, ale nie byle jakiego. Kontener należał do Lucyfera, a jego zawartość miała duże znaczenie w życiu Diabła. Otóż po za Rosyjskimi Laleczkami, które oczywiście były zmyłą, w środku znajdowały się skrzydła Morningstara. Piękne, białe skrzydła, które Lucyfer posiadał przed wygnaniem. Tak swoją drogą, super jest takie posiadać, tylko te blizny po odcięciu…

Następny temat to śledztwo i szalone pomysły Maze. Na początek to drugie. Uśmiałam się podczas sceny z ubranym na różowo Danym, wbiegającym do Lux. Moment jest naprawdę znakomity i tym razem przybiję pionę ze scenarzystami, bo wykonali kawał dobrej roboty. Liczę na więcej takich szalonych pomysłów Mazikeen w stosunku do Dana.

Śledztwo. No co tu dużo pisać, może jedynie to, że Lucyfer przeprosił Chloe. Oczywiście tekst ‘Co powiedziałeś?’ padł obowiązkowo, ale ujęcie wyszło fajnie. Jak zwykle zaborczość Lucka wywołała napad złości u Decker, ale idzie przywyknąć.

Lucyfer wypowiedział słowa ‘Nigdy Cię nie okłamałem, i nigdy tego nie zrobię.’. Zastanawia mnie jedno. Dlaczego nie powiedział Chloe, że w kontenerze znajdują się skrzydła, skoro tak usilnie stara się jej wmówić, że jest diabłem. Troszkę to pogmatwane, ale wcześniej czy później się wyjaśni. Mam nadzieję.

Tak obserwuję i widzę, że Amenadiel czuje się jak ryba w wodzie udając terapeutę. Coraz lepiej idzie mu omamianie Lindy to przekłada się na ilość wyciągniętych z niej informacji o Morningstarze. Tak czy siak, spodobała mi się taktyka, którą zaproponował lekarce. Dzięki temu Lucyfer pokazał swoją Diabelską stronę, ale też powiedział co go boli. Już myślałam, że pokaże jej te swoje typowo Piekielne oczy, tak jak temu facetowi na dachu, ale nie udało się. No cóż, może kiedy indziej…

Na koniec, dam początek. Kto oglądał, ten wie. Scena z przesłuchaniem Trixie był genialny. Nawet własne dziecko, Chloe traktuje jak przestępcę. Ale młoda też jest dobra. Potrafiła zaszantażować tatuśka i ta dam, ciasto czekoladowe przez cały rok ma zapewnione. Z jednej strony niby Lucyfer źle wpływa na ludzi, ale nauczyć czegoś też potrafi… na przykład szantażu…

Odcinek jak dla mnie cud, miód i orzeszki. Czekam na kolejny z niecierpliwością.

Ocena Favorite Son to 8/10.