Gods will fall [RECENZJA] – Ciekawy mix Diablo I Dark Souls?

Wczoraj odbyla się premiera „Gods will fall” od małego i niezależnego studia Clever Beans, które nie ma zbyt bogatego portfolio, ale to właśnie oni odpowiedzialni byli za znakomity remake „WipEout: Omega Collection”. Czy ich najnowsze dzieło przyniesie im większy rozgłos, sławę oraz bogactwo?

Na początku chcielibyśmy podziękować Koch Media Poland za dostarczenie kodu do recenzji 🙂

To z pozoru prosta gra, o nieco kreskówkowej stylistyce i pastelowej palecie barw, wzbudzająca nieco skojarzenia do znakomitego „Torchlight”. Trailery nie wskazywały, że będzie to jakiś rewolucyjny tytuł, wywracający rynek indie do góry nogami, ale też nikt się nie starał udawać, że tak będzie. Wydaje mi się, iż o najnowszej produkcji twórców „When Viking Attack” będzie się trochę mówiło. Dlaczego?

Pod tym minimalistycznym designem i prostotą, kryje się nic innego, jak kolejny soulslike, przez który niejednokrotnie będziecie mieli ochotę rzucić padem o ścianę, szczególnie że „Gods Will Fall” potrafi być naprawdę niesprawiedliwe, ale do tego wrócę w późniejszej części recenzji.

Poza samym poziomem trudności, to prostota występuje tu na każdym kroku, także pod względem fabuły. Dziesięciu okrutnych bogów od zarania dziejów rządzą ludźmi, mordując wszystkich niewiernych, co w końcu skutkuje wybuchem buntu.

Czymże jest jednak dla nich taka zgraja śmiertelników? Oczywiście niczym, dlatego też przysłowiowo pstrykając palcami, zatapiają ich okręt, lecz nie do końca skutecznie, gdyż ośmiu wojownikom udało się ujść z życiem i żeby tego było mało – trafić na wyspę, na której rezydują tyrani!

My, jako gracze, wcielamy się jednocześnie we wszystkich tych celtyckich śmiałków, którzy potrafią różnić się wytrzymałością, siłą i szybkością, choć też nie zawsze, gdyż za każdym nowym podejściem losujemy zupełnie nowych bohaterów.

Choć z pozoru sama rozgrywka nie powinna wydawać się wymagająca, wszakże mamy do dyspozycji wyłącznie dwa ataki, skok, unik, rzut bronią lub użycie przedmiotu (gdy takowy uda się nam w ogóle znaleźć), to jednak momentalnie idzie wręcz osiwieć.

Zaznaczę, iż przez całą grę trzeba być niezwykle ostrożnym, gdyż śmierć wszystkich postaci  kończy się pernamentnym końcem gry, więc całość będzie trzeba zaczynać od początku, a nie da się ukryć – nie tak ciężko o taką sytuację.

Jeżeli nie będziemy mieli na tyle szczęścia, że trafimy po drodze na tarczę, to bardzo łatwo przeciwnikom będzie nas zranić. Oczywiście, byłoby to aż nadto sadystyczne, gdybyśmy byli pozbawieni możliwości leczenia się, ale żeby to zrobić, to musimy… zabijać przeciwników.

Dlatego też warto się przyszykować na to, że ginąć będziemy na potęgę. Najważniejsze będzie wyczucie oraz znajomość konkretnych przeciwników, aby w skuteczny sposób ich eliminować. To jest właśnie najcięższy element tejże produkcji, a także element, który prawdopodobnie odepchnie od siebie mnóstwo graczy. Jednakże wielbiciele wyzwań oraz fani Dark Soulsów powinni być usatysfakcjonowani.

Choć statystyki naszych bohaterów oraz ich oręża w teorii się różnią, tak w praktyce nie ma to większego znaczenia, bo zmiana postaci oznacza wyłącznie tyle, co konieczność wyprowadzenia ataku nieco szybciej i to głównie przy tych „większych” herosach.

Wchodząc do lochu, początkowo może przerazić was pasek zdrowia danego bóstwa, który składa się przynajmniej z kilkunastu elementów. Nie ma co się jednak obawiać, gdyż zanim w ogóle dotrzemy do bossa, to mamy szansę nieco go „skrzywdzić” poprzez eliminację jego poddanych, którzy staną nam na drodze.

Mimo wszystko jest to zaledwie delikatne uproszczenie, gdyż ostatecznie i tak tyrani są bardzo wymagający, wymuszając na nas jak najszybsze wyprowadzanie ciosów, byśmy mogli w miarę regularnie się leczyć, a przeciwnik miał jak najmniejszą szansę na zadanie nam śmiertelnych ciosów.

Warto też przekazać, że śmierć bohatera nie oznacza, że musimy się z nim żegnać na stałe, oczywiście pod warunkiem, iż wcześniej uda nam się odnieść zwycięstwo nad danym bogiem. Po udanej infiltracji lochu wszyscy powracają z celem eksterminacji kolejnego tyrana.

Wcześniej wspomniałem, że przy każdym nowym rozpoczęciu rozgrywki, losowani nam są nowi bohaterowie. Napomniałem też, że gra potrafi być momentami iście niesprawiedliwa i to właśnie jest jeden z takich momentów.

Osobiście niezbyt podeszło mi sterowanie „najlżejszymi” wojownikami, a raz niestety byłem postawiony w sytuacji, iż większość mojego składu wypełniali właśnie oni. Jak najbardziej mógłbym próbować nimi coś ugrać, jednakże wolałem po prostu jeszcze raz wcisnąć przycisk „new game”.

Choć sama mechanika nie jest zbyt skomplikowana, to niestety muszę nieco ponarzekać na czas reakcji w ruchach bohaterów. Niejednokrotnie zdarzyło się, że heros reagował z opóźnieniem, co skutkowało niezbyt przyjemnymi sytuacjami, kończącymi się nierzadko śmiercią.

Nie ukrywam także, że spodziewałem się także trybu kooperacyjnego, którego tu po prostu brak, a szkoda, bo zdecydowanie byłby niemałym urozmaiceniem. Wspólna eksterminacja przeciwników na pewno byłaby dużo ciekawsza, gdyż grając solo, to koniec końców potrafi dopaść uczucie znużenia, bo ta losowość w bohaterach i umiejscowieniu przeciwników to jednak za mało przy tak minimalistycznym stylu rozgrywki.

Wizualnie jest naprawdę w porządku, choć nie ukrywam, iż momentami wszystko wydaje się „zbyt radosne”, zważywszy na to, że historia jest wszakże nieco mroczna. Tereny mogłyby być bardziej szczegółowe, zarówno pod względem elementów, jak i tekstur, gdyż momentami można odczuć, iż ogrywa się grę mobilną.

Oczywiście to już zwykłe czepialstwo z mojej strony, warto przecież pamiętać, iż to w końcu gra indie. Stylistka sama w sobie bardzo mi odpowiada, bo całość momentami wygląda jakby wyjęta z grafik koncepcyjnych, co niesamowicie dodaje klimatu. Soundtracku na spotify raczej nie znajdziecie, ale sama muzyka także odpowiednio buduje klimat i napięcie, idealnie komponując się ze światem gry.

„Gods will fall” to dość ciekawe podejście do gatunku Hack N’ Slash. Nie jest do końca idealne, potrafi momentami sfrustrować na maksa, albo przynudzić. Z drugiej strony, pomimo tych wszystkich porażek, to z wielką chęcią wracałem do tego tytułu, bo w pewien sposób mnie odprężał, szczególnie gdy już mniej więcej swobodnie się po nim poruszałem.

Gdyby tylko delikatnie zredukowano poziom trudności, to produkcja ta mogłaby na pewno wiele na tym zyskać. Jak już też wcześniej wspominałem – wszystkim wielbicielom wyzwań oraz fanom Soulslike na pewno mogę tę grę polecić. Cała reszta niech zerknie na gameplaye na youtube i sama osądzi, czy oby na pewno to jest to coś dla was.