„Free Guy” to kolejne podejście do tematyki gier video, czyli klimatów, które do tej pory mają burzliwą historię, jeżeli chodzi o kinematografię. Czy warto zainteresować się nowym filmem z Ryanem Reynoldsem w roli głównej? Mam nadzieję, że po lekturze tejże recenzji otrzymacie satysfakcjonującą was odpowiedź.

W ramach wstępu chciałbym podziękować wydawnictwu Galapagos za możliwość obejrzenia produkcji. Gorąco zachęcam do zapoznania się z ich bogatą ofertą filmów!

Po dłuższej przerwie, spowodowanej wiadomo jaką sytuacją, repertuary kin stają się bardziej atrakcyjne, gdyż na ich listach pojawia się coraz więcej premier – w końcu nie musimy się martwić, czy w ogóle obejrzymy dany film w dniu jego debiutu, bo ani Disney+, ani HBO Max dostępne u nas nie jest.

Gry i filmy zazwyczaj nie szły w parze, choć nie da się ukryć, iż ostatnio bywało raczej lepiej, niż gorzej. Otrzymaliśmy rewelacyjnego Detektywa Pikachu”, naprawdę przyjemną adaptację przygód jeża Sonica, albo chwalone przez wielu „Ready Player One”. Czy „Free Guy” dołączy do tego grona?

Zobacz też: Kolejny zwiastun filmu “Free Guy” z Ryanem Reynoldsem!

Free Guy – krótko o fabule

Akcja „Free Guy” rozgrywa się, po części, w fikcyjnym mieście Free City, które jest miejscem spotkań milionów internautów w grze, która do złudzenia przypomina GTA Online. Głównym bohaterem jest Guy (w tej roli niezawodny Ryan Reynolds), na pozór zwyczajny pracownik banku, wielbiciel Cappuccino, miłośnik niebieskich koszul, zwyczajny NPC, jakich miliony. W pewnym momencie nasz facet wykonuje coś, czego w teorii nie miał zaprogramowanego.

Okazuje się, iż twórca tejże pozycji, iście ekscentryczny Antwan (Taika Waititi ponownie odegrał swoją rolę po mistrzowsku) prawdopodobnie ukradł kod jednego ze swoich obecnych pracowników – niejakiego Keysa (Joe Keery). Wygląda na to, iż jego przyjaciółka, Millie (Jodie Corner), która wraz z nim go napisała, nie jest tak ustępliwa, jak on i za wszelką cenę poszukiwała dowodów na tę zbrodnię. Czy sprawiedliwości w końcu stanie się zadość?

Ten film nie daje się zanudzić – akcja w Free Guy

Jedną z największych zalet tejże produkcji, jest to, iż naprawdę ciężko się na niej zanudzić. Tempo jest świetnie wyważone i przez cały seans raczej nie odnosi się wrażenia, jakoby jakiś fragment był na siłę przeciągany. Tutaj nawet wprowadzenie głównego bohatera było przepełnione akcją, wszakże w wirtualnym mieście co chwile, coś się dzieje – pościgi, rabunki, wybuchy.

Oczywiście film w odpowiednich momentach zwalnia, aby też widz miał nieco odpoczynku od tego wszystkiego i są to zazwyczaj sceny w prawdziwym świecie, choć i we Free City czasem panował spokój, przynajmniej w specjalnych miejscach, które Guy lubił odwiedzać. Niemniej – ciężko wyjść z kina zaziewanym.

Aktorskie złoto, czyli obsada w Free Guy

Kolejnym aspektem, który jest jedną z mocniejszych stron produkcji, to obsada filmu, chociaż ciężko było się spodziewać czegoś innego z Reynoldsem i Waititi na czele. Ryan perfekcyjnie obrazuje zdezorientowanego NPC, no i ciężko się nie uśmiechnąć na jego widok. Taika powoduje, iż niejednokrotnie ma się ochotę rzucić czymś w ekran, co udowadnia, że odegrał swoją rolę idealnie – Antwan to naprawdę kawał gnoja i zapewniam wam, że będziecie mu kibicowali przegranej przez całą długość filmu.

Bardzo podobały mi się sceny Guya z Buddym, gdzie w tego drugiego wcielił się Lil Rel Howery – były to bardzo sympatyczne fragmenty, a Lil wręcz zarażał swoim pozytywnym nastawieniem.

Świetna była także chemia, która zaszła pomiędzy Reynoldsem, a Jodie Corner – ta druga naprawdę mocno zaskoczyła i też bezbłędnie wyszło jej „przełączanie się” z wielkiej i zadziornej twardzielki, w nerwową i choć nieustępliwą, to wciąż przytłoczoną Millie. Joe Keery natomiast miał za zadanie odegrać typowego korpo-nerda i udało mu się to, chociaż nie ukrywam, że jego rola niekoniecznie skradła mi serce i też trudno było mi mu kibicować.

Nie wszystko było idealne? Free Guy to raj dla geeków…

Niewątpliwą zaletą Free Guy jest to, jak autor zabawił się całą konwencją – czuć tu nie tylko rękę Ryana, ale też to, że reżyser i scenarzysta naprawdę czają temat gier, co widać poprzez liczne easter eggi – ciężko wyłapać wszystkie, bo dosłownie na ekranie co chwile pojawia się coś, co przyprawi o uśmiech zapalonych gracz i fanów popkultury ogółem. W pewnym momencie wręcz widzowie zostali nimi przygładzeni – chodzi o jedną konkretną scenę pod koniec filmu, nie będę psuć niespodzianki.

Pod względem efektów specjalnych, to zdecydowanie nie ma się czego przyczepić – niejednokrotnie sceny wypadają wręcz kiczowato, co jednak świetnie oddaje klimat gier. Momentami, aż samemu chciałoby się wskoczyć w świat Free City i pograć u boku takiego Guya. Sam świat, jak już wspomniałem wcześniej, łudząco przypomina GTA Online, chociaż sporo inspiracji zaciągnięto przez jeden z najbardziej kontrowersyjnych tytułów ostatnich lat, czyli Fortnite!

film o grach

W takim razie co nie zagrało w filmie? Właśnie to, że Free Guy to raj dla geeków, ale wydaje mi się, że tylko i wyłącznie dla nich. Owszem, osoby niezbyt związane z tematem, rodzinki z dziećmi i tak po kolei dalej pewnie będą mieli frajdę z seansu – humoru tu nie brakuje, iście ciekawych scen akcji również, ale to dopiero właśnie ta konkretna grupa odbiorców w pełni doceni tę produkcję i wyciągnie z niej wszystko, co najlepsze. Z jednej strony wielka szkoda, z drugiej…czy dałoby radę to zrobić w innym sposób?

Podsumowując – czy warto wybrać się na Free Guy?

Suma Sumarum – Free Guy to tytuł, którego ciężko nazwać wybitnym, Fabularnie jest stosunkowo prosty i niezbyt odkrywczy, niczym również nie zaskakuje, ale na pewno jest to produkcja, do której będę często wracał – czy to w przypadku wydania fizycznego, czy jak będzie grane w telewizji.

Zobacz też: GODZILLA VS. KONG już wkrótce na DVD i Blu-Ray!

To gratka dla fanów popkultury ogółem, z naciskiem na graczy, która przepełniona jest świetnym humorem, rewelacyjną obsadą, a także świetnymi scenami akcji. Na filmie Shawna Levy’ego ciężko się dobrze nie bawić, a całość skonstruowana jest tak, że oglądając go z własną rodziną, to i oni powinni mieć niezły ubaw, lecz ich prawdopodobnie rozbawi co innego. To naprawdę niezły film o grze i cieszy fakt, że coraz gry wideo i kinematografia coraz bardziej zaczynają się „dogadywać”

Zdecydowanie polecam udać się do kina, póki jeszcze Free Guy tam jest puszczany, a jak się wam nie uda, to gdy tylko całość trafi na DVD i Blu-Ray, to koniecznie zainteresujcie się produkcją.