Steve Rogers nie żyje. Ale legenda Kapitana musi trwać. Kto mógłby go zastąpić lepiej niż dawny przyjaciel i sidekick, a obecnie świetnie wyszkolony zabójca, obecnie po właściwej stronie barykady? Bucky Barnes, bohater 5 części serii od Eda Brubakera stara się godnie kontynuować działalność Rogersa.

Komiks przedstawia nam odmienną historię niż to co obecnie dzieje się w filmowo-serialowym świecie Marvela. Mimo odmiennej obranej drogi widać tutaj masę podobieństw do świetnej, szpiegowskiej opowieści z drugiej części filmu “Kapitan Ameryka”. Widzę już, skąd bracia Russo mogli czerpać inspiracje biorąc się za filmowy sequel. Szpiegowska aura obu opowieści jest na odpowiednio wysokim (i nie przegiętym) poziomie, a fabularna robota jest po prostu bardzo dobrze zrobiona. Zarówno w opowieści komiksowej jak i w filmowej, świetny klimat jest tym co spokojnie można obok siebie porównać. Mimo wielu różnic, to właśnie sposób prowadzenia historii to naprawdę duży plus, który od początku przykuwa uwagę.

Całość skupia się na postaci Bucky’ego, ex-Winter Soldiera, który próbuje wejść w buty Kapitana Ameryki, ale przeszłość nie daje mu spokoju i nowe misje nawiązują silnie do jego dawnej działalności. Pojawiają się w tej historii inne wątki i postacie, jednak pierwsze skrzypce gra właśnie „Nowy Kapitan”. Bardzo dobrze, bo mnogość pobocznych wątków rozbiłaby ten cudny klimat, który jest największą zaletą tego zeszytu.

Jest to jeden z niewielu komiksów, które ostatnio przeczytałem, w których nie tyle wciąga sama fabuła, co klimat i akcja. Kto ściga nowego Kapitana? Jak sobie poradzi skoro wciąż niewiele osób mu ufa? Akcja i sceny walk są krótkie, ale intensywne – czyli stosunkowo dobrze wyważone. Mimo szyldu „Marvel” opowieść jest mocno mroczna, antagonista z kolei nie jest tu niestety zbyt wybitny. Połączenie psychopatycznego naukowca, który próbuje się wykreować na zbawcę świata. Powolutku robi się to zbyt częste i nachalne, tutaj z kolei było to tak nagle i mizernie zbudowane, że po prostu do siebie nie pasowało. Natomiast główny przeciwnik Bucky’ego z pierwszej części zeszytu, oczywiście bezspoilerowo – to świetnie wykreowana postać. Budzi grozę, powagę i jednocześnie respekt. Jest to ktoś, z kim niejeden superbohater nie chciałby stanąć w szranki. Ciężki do spacyfikowania i tajemniczy – złol, który urozmaica opowieść od pierwszych stron i ktoś bardzo potrzebny przy tego typu historii.

Nie chcę kolejny raz rozpisywać się nad klimatem stworzonym w komiksie, bo chociaż jest on genialny, nie sprawił, że rozpłynąłem się nad tym komiksem. Historia jest bardzo dobra, jednak całościowo dałbym jej mocne 7/10. Jest dobrze, nawet bardzo, jednak nie jest to najlepsza opowieść Marvela, którą czytałem. Mogę natomiast z czystym sercem polecić komiks zarówno zagorzałym fanom Kapitana Ameryki, jak i tym, którym w komiksach z tym herosem znudził się przesadny patetyzm. Fanom szpiegowskich historii z elementem superbohaterskim również przypadnie do gustu.