PODZIEL SIĘ

Wally powraca! Niestety nie będzie to wymarzone ponowne spotkanie z Barrym, a wydarzenie, które doprowadzi uniwersum DC do kolejnych poważnych zmian oraz wyjaśni kilka spraw. Uzyskamy w końcu także jasną odpowiedź na pytanie  „Kto jest najszybszym speedsterem”?

Dołącz do Akademii Bohaterów Marvela i rozmawiaj z innymi fanami!

„Wojna Flashów” to tom, na który czekałem już od momentu zapowiedzi Annual #1, ale do którego miałem także spore obawy, głównie z tego względu, iż nie bardzo podobała mi się dotychczasowa historia, którą Williamson opowiadał, a także znałem jego podejście do postaci Wally’ego. Teraz dzięki wydawnictwu Egmont ponownie mogę przeżyć tę historię.  Czy faktycznie miałem czego się bać?

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Cała historia skupia się głównie na postaci rudowłosego speedstera, który łączy siły z…Hunterem  Zolomonem. Nikogo z was nie powinien zaskoczyć fakt, że całość to jeden wielki podstęp, który skończył się zniszczeniem „bariery” pomiędzy danymi typami mocy, co poskutkowało wpuszczeniem ich do naszego świata.

Skąd u Westa pomysł, aby w ogóle zaufać swojemu arch-nemesis? Toż to wręcz nie wypada takiemu weteranowi. Otóż po „małym” wybryku Flasha, czyli Flashpoincie, Wally, pamięć o nim, a także część jego rodziny po prostu nagle zniknęli. Okazuje się, że sprawa ogólnie jest dużo bardziej skomplikowana, ale to w takim skrócie. Rudzielec nie myślał o niczym innym, jak uratować swoje dzieci, co wprawiło go w konflikt z jego mentorem, Barrym.

Akcja dzieje się, jak to na speedsterów przystało, niesamowicie szybko, aż wydawałoby się, iż kartki już same biegną dalej. Jeżeli szukacie historii o większej głębi, pełnej metafor i życiowych morałów, to nie ten adres. Całość można uznać za lament już-nie-takiego-młodego bohatera, któremu w końcu poświęcono nieco więcej uwagi, gdyż od jego powrotu w „Odrodzeniu”, cały czas był dosłownie kopany przez scenarzystów i nareszcie udało się komuś go docenić, czego jak zaznaczyłem na wstępie, zupełnie nie spodziewałem się po Williamsonie. Super!

Cieszy mnie także, że w końcu wyraźnie zaznaczono, kto jest najszybszy oraz przedstawiono różnicę prędkości pomiędzy Flashami, a Supermanem. Bardziej zagłębieni w temacie już od dawna to wiedzieli, jednak wcześniej było trzeba to sobie samemu wykalkulować, teraz mamy wszystko podane na tacy.

Nie mniej ważne jest wprowadzenie nowych sił. „Stworzenie” speedforce było jednym z monumentalnych momentów w historii DC, także aż dziwne, że tyle czasu musiało upłynąć, aby zdecydowano się na coś „nowego”. Toż to otwiera furtki na tyle nowych, ciekawych historii, których z resztą niedługo doświadczymy, oj spoiler?

Mógłbym się nieco przyczepić, że fabularnie nieco tu chaotycznie, ale z drugiej strony prawdopodobnie taki był tego zamysł, toż to zadziało się tutaj sporo spektakularnych akcji, wpływających na całe uniwersum, także można zaryzykować stwierdzeniem, iż ten delikatny nieład dodaje opowieści klimatu.

Tom ten, to zdecydowanie jedna z ważniejszych powieści spod szyldu DC wydanych na przestrzeni ostatniej dekady, która może stanowić także świetny moment, aby zaznajomić się z dwójką głównych bohaterów i być może zachęcić do starszych komiksów z nimi w roli głównej.

Warto dodać, że „Wojna Flashów” błyszczy także pod względem artystycznym. Przejęcie serii przez Howarda Portera zdecydowanie było strzałem w dziesiątkę,  gdyż ten świetnie potrafi ująć „moc” towarzyszącą speedsterom. Jego rysunki są dynamiczne, ale jednocześnie bardzo szczegółowe, świetnie oddając emocje towarzyszące nam w trakcie lektury. Owszem, nie da się odmówić Giandomenico talentu, ale to Howard dopiero pokazał, jak powinny wyglądać komiksy o szkarłatnym speedsterze.

W ostatecznym rozrachunku otrzymujemy bardzo ciekawą powieść, o której będzie się jeszcze długo mówić, a jej konsekwencje na pewno dadzą o sobie znać niejednokrotnie. Joshua Williamson to człowiek, któremu nie można było odmówić wielu ciekawych pomysłów, jednak ich realizacja nie zawsze była na najlepszym poziomie. Właśnie tym tomem zmienił on moje podejście co do jego twórczości i mogę jedynie zdradzić, że potem jest zazwyczaj lepiej, niż gorzej (czekajcie na Flash: Year one!).

To moje kolejne podejście do „Wojny Flashów” i ponownie bawiłem się przy lekturze bardzo dobrze. To jedna z lepszych historii o najszybszym (najszybszych?) człowieku świata, z którą zdecydowanie powinni zaznajomić się wszyscy fani tego bohatera, a każdemu, kto szuka czegoś, co wręcz czyta się samo, także mogę z czystym sumieniem polecić ten tom. W dodatku całość jest zwizualizowana na bardzo dobrym poziomie, rysunki znakomicie oddają klimat powieści, a wiele kadrów jest naprawdę ślicznych.

Jeżeli nie jesteście na bieżąco z obecną serią, to i tak możecie bezpiecznie zająć się lekturą najnowszego wydania przygód speedstera, gdyż większość najważniejszych wątków jest w tym tomie wspomniana.