PODZIEL SIĘ

Privet tavarish! Menya zawut Superman! W roku 2003 wydawnictwo DC Comics opublikowało trzy zeszyty, które traktowały o radzieckiej wersji Człowieka ze Stali. Przepis na sukces? Na to wygląda, bo historia, która wyszła spod pióra Marka MIllara dalej uważana jest za jedną z najlepszych z tych „Elseworldsowych”.

Dołącz do Akademii Bohaterów Marvela i rozmawiaj z innymi fanami!

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Całość odpowiada nam a pytanie, co by było, gdyby kapsuła Supermana wylądowała nie w Kanzas, a wcielonej do Związku Sowieckiego Ukrainie, a czułą miłość Państwa Kent, zamieniłoby się na dyktatorskie warunki u Józefa Stalina.

Do Amerykanów dochodzą wieści, iż Rosja weszła w posiadanie niezwykle niebezpiecznej broni, którą oczywiście jest Kal-El. Najpotężniejszy umysł USA, Lex Luthor, poproszony jest o zlikwidowanie zagrożenia, a wspomagać go w tym będzie m.in…. Batman! Który swoją drogą ma świetnie pasującą do klimatu czapkę uszatkę! Brakowało tylko by kankana zatańczył.

Do największych zalet tego tytułu na pewno należy wykreowanie alternatywnego świata i jego bohaterów. Świetnie rozwiązano postać Lexa, którego cały czas starano się ukazać w jak najlepszym świetle, jednak ostatecznie czytelnik i tak otrzyma obraz typowego gbura i szaleńca, z którego Luthor w końcu jest znany. W tym przypadku sprawdza się to świetnie, czego jednak nie mogę powiedzieć o Kal-Elu, u którego poza miejscem wylądowania…w charakterze nie zmieniło się zupełnie nic, a to wielka szkoda. Po tym, jak reklamowana jest ta historia, człowiek mógłby spodziewać się Supermana dyktatora, rodem z Injustice.

Fabuła prowadzona jest rewelacyjne, świetnie dobrane tempo akcji, które niczym w filmowych produkcjach odpowiednio wzrasta, gdy zaczyna się robić gorąco, a maleje, gdy tylko sytuacja jest nieco bardziej spokojna, jednak cały czas jesteśmy trzymani w napięciu i komiks nie pozwala „się odłożyć”, wręcz zmuszając nas lektury do samego końca. Konflikt państw został przedstawiony bardzo ciekawie, a nieudolne próby zabójstwa Supermana przez Lexa potrafią przyprawić o uśmiech na twarzy.

Trochę boli brak wykorzystania potencjału niektórych bohaterów. Całość skupia się głównie na walce wyżej wymienionej dwójki, w momencie, gdy nic nie stało na przeszkodzie, aby wkład takich postaci jak Lois Luthor(!!!), Wonder Woman, Batmana, czy Olsena był nieco większy. Oni wszyscy tam są, pojawiają się momentami i wydawałoby się, że ich rola będzie miała więcej znaczenia, a ostatecznie zostali zredukowani do roli „narzekacza”, którzy kręcą się wokół głównych bohaterów.

Ba, w pewnym momencie pojawia się nawet „korpus” Zielonych Latarni, których pokonanie było łatwiejsze, niż przysłowiowe zabranie dziecku lizaka.  Są to elementy do, których gdyby podeszło się nieco inaczej, to zdecydowanie pozytywnie wpłynęłyby na odbiór całokształtu.

Jednak nie da się ukryć, że Millar stworzył jeden wielki, spójny świat, który pomimo tych pomniejszych wad, jest niezwykle ciekawy i daje nieco powiewu świeżości do standardowych historii o Supermanie. Warto zaznaczyć, że od pierwotnej premiery minęło 17 lat, a „Czerwony syn” dalej bawi i nie można mówić, iż się całość zestarzała.

Humoru także tu nie brakuje, chociaż nie zawsze jest on „bezpośredni”. Autor często wręcz naśmiewa się z Kal-Ela i jego przepotężnej natury, ale to nie tylko on pada ofiarą przerysowania. Poza tym nie brakuje tu kilku ciekawych konceptów, które mogą nieco rozbawić, jednak jest to element, który lepiej odkryć samemu.

Za strefę graficzną odpowiadał Dave Johnson, który wśród czytelników DC znany jest bardziej z okładek (100 naboi, Lucyfer czy Coffin Hill), jednak tym razem zilustrował całą powieść, oczywiście nie w pojedynkę, gdyż wspomagał go Killian Plunket (Aliens: Labyrinth, Wolverine:  The return of weapon x). Styl Johnsona świetnie komponuje się z historią Czerwonego Syna, który nawet nie ukrywa swojej inspiracji realizmem socjalistycznym, starając się jak najdokładniej zobrazować sowieckie realia.

Mocna i pewna kreska wręcz podkreśla „potęgę” Kal-Ela, a czerwieni (czy ogólnie cieplejszych barw) tu tyle, niczym w najbardziej krwawych pozycjach, mimo że samej krwi tu praktycznie brak. Szata graficzna jest niezwykle przyjemna dla oka, a to spora zaleta, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż to tytuł sprzed prawie dwóch dekad. Niestety sporo komiksów nie zestarzało się od tamtej pory zbyt dobrze, także pokłony dla Dave’a za robotę, którą wykonał.

Podsumowując – Choć nie jest nieskazitelnie, to „Czerwony syn” po tylu latach dalej wypada rewelacyjnie, a Mark Millar przedstawia nam ciekawy, spójny świat, sporo widowiskowej akcji i niezwykle dobrym finałem. Historia potrafi czasem zaskoczyć, rozśmieszyć, a co najważniejsze – non stop trzyma nas w napięciu. Poza tym ilustracje są wręcz obłędne, także lekturę można polecić chociażby dla samej strefy wizualnej.  Jedna z najlepszych historii z „Elseworlds”? Zdecydowanie tak.

Warto dodać, że jakiś czas temu DC stworzyło film animowany, który adoptuje historię z komiksu, także jeżeli nie jesteście przekonani czy warto dać komiksowi szansę, to zawsze można sprawdzić animację.