PODZIEL SIĘ

Miłośnicy komiksów często żartują, że DC Comics żyje samymi kryzysami. Jakby na to nie patrzeć – jest w tym nieco prawdy, bo w ciągu piętnastu lat, to już trzecie takie wydarzenie. Tym razem nie będzie jednak żadnej ogromnej bitwy, w której jednoczą się wszyscy bohaterowie z różnych światów, a problem będzie dotyczył bardziej „lokalnych” herosów. Czymże jest ten niesłynny „Kryzys Bohaterów”?

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

„Heroes in Crisis” miało być ważnym elementem dla świata DC I faktycznie nim jest, jednak nie do końca w sposób, w jaki prawdopodobnie zakładali sobie twórcy. Za scenariusz odpowiada  Tom King, nie taki młody, ale świeży talent w świecie komiksu, który wyrobił sobie markę takimi tytułami jak rewelacyjny „Vision” czy „Mister Miracle” oraz wprowadził nieco kontrowersji swoim „Batmanem”.  Choć ten były agent CIA nie posiada jeszcze na swoim koncie zbyt wielu tytułów, to już zdecydowanie można wyczuć, kiedy autor ma pełne pole do popisu, a kiedy ma nieco związane ręce. „Kryzys Bohaterów” należy, niestety, do tej drugiej grupy.

Sam koncept fabularny jest co najmniej intrygujący i faktycznie mogłoby powstać z tego coś naprawdę konkretnego. Czy nie ciekawiło was to, co dokładnie dzieje się w głowach tych wszystkich superbohaterów? Wszakże co chwilę narażają własne życie w imię sprawiedliwości, ratują świat przed zagładą,  czy przeżywają śmierć swoich bliskich.  Okazuje się, że i oni przeżywają swoje traumy i załamania psychiczne, ale przecież nie mogą udać się do byle jakiego psychologa/psychiatry, aby uzyskać pomoc. Tutaj z pomocą przyszedł Batman z kompanią i zbudowali „Sanktuarium”, czyli specjalne miejsce, w którym herosi mogą na spokojnie wyleczyć się „psychicznie”.

Albo raczej mogli, bo w wyniku pewnego incydentu, większość z pacjentów została zamordowana, a głównymi podejrzanymi są nasz przybysz z przyszłości, Booster Gold oraz ex-ukochana Jokera, niezrównoważona psychicznie pani doktor, której ostatnio wszędzie pełno, czyli Harley Quinn. Żeby tego było mało – są przekonani o winie drugiej osoby, co tylko jeszcze bardziej komplikuje.

Całość skupia się głównie na tym śledztwie i faktycznie mogłoby to być nawet ciekawe, gdyby nie to, że całość staje się przewidywalna nawet nie w połowie albumu, a wciskane na siłę i nic niewnoszące do tematu dialogi i nieudolna narracja wołają o pomstę do nieba.

Dość sporą część zajmują także monologi różnych bohaterów, tych bardziej i mniej znanych. To akurat jeden z ciekawszych elementów tej historii i w większości przypadków, nawet to jedno lub dwa zdania od poszczególnego herosa, potrafią nas do niego „zbliżyć”. Motyw zdecydowanie na plus.

Skąd więc to całe narzekanie? Tak jak wspomniałem wyżej – dialogi i narracja to jedno, po drugie dobór bohaterów, na których skupia się ta historia – jestem pewien, że gdyby w rolach głównych podejrzanych wstawiłoby się zupełnie inne postaci, to nikt nie wyczułby większej różnicy. Strasznie bolą poszczególne rozwiązania fabularne, włącznie z… głównym wątkiem.

Bez wątpienia czuć tutaj rękę byłego już naczelnego DC, czyli Dana DiDio, który wydaje się, że zatrzymał się w czasie i myśli, że skoro wszystko działało w 2005, to i teraz się sprawdzi. Chodzi mi między innymi o śmierci bohaterów, które w teorii powinny poruszyć i wzbudzić w czytelniku współczucie, ale są one tutaj przedstawione tak bezpłciowo, że niestety nie ma na to opcji.

Boli także fakt, iż sam motyw PTSD, czyli coś, na co większość czytających jednak się naszykowała, został praktycznie nietknięty, a szkoda, bo gdyby ten temat zgłębiono, to otrzymalibyśmy dużo ciekawszą pozycję do lektury.

Jedną z większych ról gra tu także Wally West, najszybszy żyjący byt, który od swojego powrotu do świata żywych, nieustannie jest kopany przez los, także nie dziwota, że i on trafił do sanktuarium. Niestety w tym komiksie, pogrzebano go jeszcze bardziej ( w sumie nawet dosłownie!)

Pragnę zaznaczyć, iż jest to moje drugie podejście do „Kryzysu Bohaterów” i jest ono tym razem nieco bardziej pozytywne. Za pierwszym razem chłonąłem zeszyt za zeszytem, z niecierpliwością czekając na rozwój wydarzeń i pewnie dlatego od połowy byłem coraz bardziej zawiedziony. Teraz świadom tego, co mnie spotka, mogłam ze świeżym umysłem podejść do tego tytułu i już przynajmniej nie muszę przy nim zgrzytać zębami.

To dalej bardzo ważna historia dla uniwersum DC, wokół której nie można przejść obojętnie. „Personifikuje” ona bohaterów pozwala nieco lepiej się z nimi zapoznać, nieco wyjaśnia i pozwala niektórym ruszyć dalej. Poza tym nie czyta się go źle, bo lektura sama w sobie jest dość lekka i do ostatniej strony dochodzi się w miarę szybko. Spora tu robota Kinga, który widać, że starał się uratować całą historię, jak tylko mógł.

No i bardzo pozytywnie wypadają tu rysunki autorstwa Clay Mann’a, ale też nie do końca, jednak o tym później. Na pewno nie jest to nic wybitnego, ale jego styl jest bardzo przyjemny dla oka. Bogate tła, na których nie sposób zawiesić oko, szczegółowo przedstawieni bohaterowie, z których twarzy bardzo łatwo wyciągnąć konkretne emocje oraz świetnie dobrana kolorystyka całokształtu. Na wiele z kadrów tego komiksu dalej chętnie spoglądam, bo są po prostu bardzo dobrze zrobione. Niestety, nie ma róży bez kolców.

W przypadku recenzji „Ptaków Nocy” przyczepiłem się Eda Benesa, że całkowicie rujnuje to, co chciała przekazać tym tytułem Gail Smone, przesadnie seksualizując wszystkie bohaterki. Niestety Mann podążył tą samą ścieżką, może nie na tym samym poziomie, co wyżej wymieniony jegomość, jednak czasem wręcz idzie roześmiać się do łez, gdy w pełnej powagi sytuacji np. taka Batgirl wypina swoje atuty najmocniej, jak się da, tak jakby Barbara miała tylko to do zaoferowania. Szkoda, bo niestety pozostawia to mały niesmak, jednak to i tak najmniejszy minus tego wszystkiego.

Ciężko mi polecić „Kryzys Bohaterów” zwykłemu zjadaczowi chleba, ba, ciężko mi go polecić ogólnie fanom komiksów – niestety beznadziejne dialogi, narracja i brak logiki wręcz uderzają niczym z liścia czytelnika, który po prostu chce przeżyć intrygującą historię.

Z drugiej strony to pozycja, której fani DC nie mogą przegapić i zdecydowanie powinni się zapoznać. Sam motyw jest ciekawy i z chęcią przekłada się coraz to kolejne kartki tego tomu, aby ostatecznie dotrzeć do końca i nieco pomarudzić. Niemniej uważam, że jak najbardziej warto sięgnąć po ten komiks, chociażby by przekonać się czemu tak o nim głośno. To nie jest coś, czego lektury będziecie żałować, ale też coś, czego nie do końca będziecie pozytywnie wspominać. To zupełnie jakbyśmy wszyscy potrzebowali teraz leczenia w Sanktuarium…