PODZIEL SIĘ

Pokręcony umysł Granta Morrisona jest znany prawdopodobnie każdemu fanowi komiksów w klimacie superhero. Wszakże twórczość tego człowieka ciesz się niemałym uznaniem, a w skład jego portfolio wchodzą takie tytuły jak „Doom Patrol”, „New X-Men” czy „Multiwersum”.

Tym razem DC Comics postanowiło przydzielić go do kolejnej z flagowych serii – mowa o „Green Lanternie”. Egmont wydał właśnie pierwszy tom najnowszych przygód Galaktycznego stróża prawa – czy styl Morrisona sprawdził się i w tym przypadku?

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Choć „Odrodzeniowe” Latarnie nie należały do najsłabszych serii, szczególnie ta, w której Hal Jordan grał główne skrzypce, jednak nie cieszyły się one takim uznaniem, jak historia, którą w New52 opowiedział Geoff Johns. Przeglądając zagraniczne fora, można zauważyć, że w przypadku powieści Granta jest już dużo lepiej, a sam tytuł zbiera rewelacyjne noty. Czy na pewno zasłużone?

Fabuła, choć pozornie prosta, potrafi być nieźle pokręcona. Całość można przyrównać do kosmicznego kryminału. Autor w niecodzienny sposób podszedł do tematu, także warto zaznaczyć, żeby przed lekturą nie nastawiać się na kolejny typowy komiks superhero.

Historia postępuje dynamicznie, ale płynnie. Początkowo Lanterni muszą rozwikłać międzygalaktyczny spisek, w którym ziemia stała się obiektem…aukcji. Wynikiem tej akcji było wydalenie głównego bohatera z korpusu, co spowodowało, iż ten postanowił zasilić szeregi wroga. Hal Jordan jako członek Blackstars, ekipy niegdyś znanej jako Darkstars? Brzmi ostro.

To intrygująca i wciągająca historia, pełna zwrotów akcji, a klimatem przypominająca komiksy z Brązowej Ery, powraca także kilku strażników, których dawno fani nie widzieli. Zapewne niewielu z was pamięta Rot Lop Fana lub Volka, który jest…Wulkanem! Szaleństwo!

Nie brakuje tu także absurdu, wszakże jednym z pierwszych przeciwników w tym tomie okazuje się przerośnięty chomik, a sposób, w jaki go pokonano, był iście komediowy. Jedną z najważniejszych zalet tego tytułu, jest brak wtórności. Można odnieść wrażenie, iż pisarze często starają się robić wszystko, aby historie o Korpusie Zielonych Latarni były skupione na ludziach. Morrison zdecydowanie nie należy do tego grona.

Fakt, iż całość jest niezależna od obecnych wydarzeń w uniwersum DC, też zapewne był niesamowicie pomocny w pisaniu tej powieści. Grant miał w tym przypadku wolną rękę, co zaowocowało uszczęśliwieniem masy wieloletnich fanów Zielonych Latarni.

Historia nie byłaby kompletna, gdyby nie rewelacyjne rysunki Liama Sharpa. Jego styl może wydawać się archaiczny i nieco kuć w oczy, jednak perfekcyjnie oddaje szalony umysł pisarza. Panele są pełne szczegółów, często ciężko skupić się na jednym konkretnie elemencie,  a przesycenie kontrastem świetnie pasuje do „surowości” tego tytułu. Czasami można wręcz dostać zawrotów głowy, ale między innymi właśnie takie zabiegi spowodowały, że w pełni można „poczuć” ten tom.

„Galaktyczny Stróż Prawa” to prawdziwa gratka nie tylko dla wielbicieli Zielonych Latarni, ale i fanów Sci-Fi i Kryminałów, gdyż właśnie powieść ta stanowi mix tych dwóch gatunków, oferując niesztampową, intrygującą fabułę, pełną niezwykle ciekawych zwrotów akcji.

Świetna pozycja dla każdego, kto oczekuje czegoś świeżego po komiksie traktującego o superherosach. To bardziej opowieść o kosmicznych gliniarzach, niżeli bohaterach w rajtuzach.

Odpowiadając na pytania zawarte w pierwszych dwóch akapitach – Tak, styl ten sprawdził się w 100% i pochwały są w pełni zasłużone. To zdecydowanie tytuł godny polecenia.