PODZIEL SIĘ

Mogło by się wydawać, że ostatnia część wielkiej sagi pomysłu Scotta Snydera i Grega Capullo w nienaganny sposób zamknie wątki, dopełni historię i tak jak w przypadku poprzednich tomów będzie ciekawą, sprytną i dość inteligentną opowieścią. Na pytanie, czy twórcom udało się godnie skończyć odpowiem w tej recenzji, zapraszam.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie nam komiksu do recenzji!

Ostatnimi czasy miałem okazję przeczytać sobie marvelowskie War of the Realms. Po lekturze stwierdziłem, iż cały event stoi tie-inami i bez nich, byłoby naprawdę marnie. W trzecim już tomie Batman: Metal jest całkowicie odwrotnie.

Na początku dostajemy całkiem poprawny wstęp do historii. Rozwinięcie tego, co stało się z Flashem i Steelem po wysłaniu Supermana do mrocznego multiversum i jak to Liga trafiła w szpony Batmana Who Laughs, który powysyłał ich do specjalnie zaprojektowanych Bat-Jaskini, w których każdy z bohaterów musiał osobno poradzić sobie ze złym Batmanem i własnymi lękami, standardzik.

No i okej, nie mam tutaj żadnych wątpliwości do fabuły ani ani rysunków (bo później poruszę jeszcze inny temat, który niestety strasznie psuje jakość całości). Niestety po tym nadchodzi kolos, naprawdę potężny przeciwnik, który zmiótł mnie z planszy, a mianowicie 32 zeszyt Ligi Sprawiedliwości (33 nie był lepszy).

Początek wydawał się naprawdę solidny, pokazując jakieś tam skrawki z życia Cyborga, który analizował działania Ligi porównując ją do drużyny piłkarskiej, co idealnie dopełniały rysunki Sharpa. Po tych pierwszych kilku stronach następowała już tylko równia pochyła jakości.

Batmany, jak to opisywałem przy okazji recenzowania pierwszego tomu, całkowicie straciły swoje ludzkie oblicze. Jak pamiętacie, były one postaciami tragicznymi, niejednoznacznymi, które w większości przypadków pragnęły spokojnego życia i domu. Teraz były one tylko mordercami, machinami do zabijania, co kompletnie przeczy całej dotychczasowej historii. Jedynie przy walce Wonderki z Batmanem Bezlitosnym, on nadal pozostał tym najbardziej ludzkim i tylko on pokazał się z “dobrej strony”, jeśli można to tak nazwać. Nie uciekał się do sztuczek, a zaproponował Dianie uczciwą, honorową walkę na śmierć i życie. Odniosłem też wrażenie, że sama bohaterka zachowywała się znacznie gorzej niż ten sławny złol, który przecież chce tylko ich śmierci, bla bla bla.

Oczywiście w całym tomie, żeby było jeszcze ciekawiej, niektóre postacie także straciły swoje osobowości, stały się groteskowe, infantylne, idiotyczne. I to nie w pozytywnym znaczeniu. Batman, który jeździ na dziwnym stworzeniu i krzyczy “IHAAA!”? Proszę bardzo. Hal Jordan, który mówi, żeby zły Batman umył zęby, bo mu śmierdzi z buzi? Jak najbardziej! Cyborg, który wchodzi na pole walki, włącza muzę i krzyczy, że to jego MUZA d-_-b i taka walka będzie? O, jeszcze jak!

Naprawdę, przy niektórych momentach musiałem odłożyć komiks i wyjść z domu, bo nie wytrzymywałem psychicznie. Jak zobaczyłem tego Jordana, który mówi niektóre DOCINKI, POCISKI, DISSY, wiecie o co chodzi, to pomyślałem sobie: “O nie, Deadpool w DC, tylko że zielony…”

Oprócz tego, było jeszcze kilka porażek, większych czy mniejszych. Jedną z nich okazał się zeszyt Powstanie Mrocznych Rycerzy: Dziki Gon, który oprócz fajnego motywu i historii małpiego Detektywa Chimpa był totalnym chaosem, w którym nie dało się zrozumieć za grosz historii.

Żeby było lepiej, spora część tego komiksu to chaos, z którego nie da się wywnioskować kompletnie nic.

Ale drodzy państwo, nie istnieje chyba komiks, bez żadnych zalet, chociażby najmniejszych. Tak jest również w tym przypadku.

Jednym z ważniejszych plusów całego trzeciego tomu jest zeszyt Hawkman: Found napisany przez Jeffa Lemire. Pokazuje on okres życia archeologa, Cartera Halla, byłego Hawkmana, po przekroczeniu bram mrocznego multiwersum. Historia trzyma się kupy, jest niezwkle dynamiczna i poetycka. Hall codziennie jest dręczony koszmarami, w których spada. W końcu udało mu się przełmać lęki i dotarł na sam szczyt. Brzmi strasznie sztampowo, ale przeczytajcie, a sami się dowiedzie, że to naprawdę solidny kawałek opowieści. Dodatkowo cały zeszyt jest rysowany przez Hitcha, który jest świetnym artystą, choć scenarzystą już niekoniecznie (i wszyscy wiemy o co chodzi).

Samym w sobie plusem ostatniej części eventu są pomysły, które są przegenialne. Na przykład przybliżanie ziemi do mrocznego multiversum za pomocą muzyki, statek sterowany za pomocą muzyki, czy w końcu zmiana Czerwonej Śmierci na złotego Flasha! Naprawdę jestem pełen podziwu, jeśli o to chodzi i gratuluję twórcom.

Dobrze, dobrze, skończyliśmy zachwalanie, to teraz znowu pora przejść do loży szyderców. Oczywiście ważnym jest, aby odpowiednio zakończyć event. I to nie do końca wyszło twórcom.

Po pierwsze, brak jest jakiejś potężnej, komiksowej walki, zamknięcia czy całkowitego pokonania przeciwnika. Po drugie wątki są pozamykane na szybko, mimo że czytałem ostatni zeszyt to zadawałem sobie pytanie: ” O co, chodzi, to już końcówka, a wszystko nadal trwa i nie zapowiada się na zakończenie.” Po trzecie, pod koniec zapowiadane jest wszystko, jakoby wprowadzenie do czegoś potężnego, a wszyscy wiemy, że całe wydarzenie nie miało i nie ma jakiegoś ogromnego impaktu na uniwersum.

Ponarzekaliśmy na fabułę to teraz można przejść do spraw technicznych. Jeśli chodzi o rysunki, to niezależnie od zeszytu były one na naprawdę wysokim poziomie. Szczególnie zachwalam sobie rysunki Sharpa i Jimeneza. Nawet Porter pokazał się tutaj zaskakująco dobrze.

Teraz chyba najgorszy minus całego zeszytu. Pana Tomasza Sidorkiewicza, tłumacza, szanuję z całego serca, bo wykonuje świetną robotę przy wielu seriach komiksowych, ale tutaj niestety wyszło coś zupełnie odwrotnego. Tłumaczenie jest strasznie infantylne, takie dziecinne wręcz. To jest jeden z głównych czynników, który odbierał mi przyjemność z czytania.

Podsumowanie: Jest to komiks wadami płynący. Od niemrawych zeszytów do kiepskiego tłumaczenia, ale jednak część historii, która jest zdecydowanie warta swojej ceny. Mimo tych wszystkich minusów dostajemy całkiem potężne plusy, takie jak świetny zeszyt z Hawkmanem, czy naprawdę ładne rysunki. Polecam jako część eventu, a odradzam jako pojedynczy komiks.