PODZIEL SIĘ

Od niedawna na polskim rynku dostępny jest drugi tom serii Potężna Thor autorstwa Jasona Aarona, który od startu Marvel Now konsekwentnie snuje swoją opowieść o Gromowładnym i Dziesięciu Światach. Jednak teraz młot dzierży Jane Foster, dawna ukochana Odinsona – czym jej przygody odróżniają się od poprzednich wcieleń Thora?

Na początku chcielibyśmy serdecznie podziękować wydawnictwu Egmont za użyczenie nam kopii komiksu do recenzji! Zachęcamy was do wspierania polskiego rynku i kupowania na Egmont.pl.

Gdy w 2014 roku Jason Aaron uczynił Thora kobietą, świat oszalał. Zewsząd lały się negatywne artykuły i komentarze, narzekające na nierespektowanie tradycji, dokonywanie zmian na siłę i podporządkowywanie się poprawności politycznej. Nawet dzisiaj, gdy to Odinson odzyskał już tytuł Boga Gromów, da się usłyszeć o tym, jakim okropnym pomysłem było zrobienie z Jane Foster żeńskiego Thora – często również od ludzi, którzy nie mieli w ręku nawet jednego zeszytu jej komiksowych przygód. Teraz, gdy ogłoszono, że w czwartym filmowym Thorze Natalie Portman powróci do roli Jane i będzie dzierżyła magiczny młot Mjolnir, temat na nowo rozgrzał serca i klawiatury milionów fanów. Jak to właściwie jest z tą Potężną Thor?

Pierwszy tom tej serii postawił solidne fundamenty: Malekith Przeklęty kontynuuje podbój światów, który rozpoczął w serii Thor Gromowładny, i tym razem upatrzył sobie Alfheim, świat elfów. Tymczasem Jane Foster stara się utrzymać jakoś balans między jej normalnym życiem, a działaniem jako superbohaterka o boskich mocach – niestety bez większych efektów. Kobieta choruje na raka i musi przyjmować chemioterapię, która – skoro jest swego rodzaju toksyną – jest usuwana z jej ciała gdy tylko podniesie Mjolnir, co sprawia, że za każdym razem, gdy wzbija się w powietrze jako Thor, zmniejsza się jej szansa na wygranie z nowotworem. Ponadto stara się ona utrzymać ład w Asgardii, którą nieudolnie włada szalony Odyn. Mimo usilnych starań, pod koniec tego tomu Jane kończy nawet w większym bagnie: Malekith podstępem przejął krainę elfów, a Loki, działając jako potrójny, a może i nawet poczwórny agent, otruł Wszechmatkę Freyę, co wpędziło Odyna w jeszcze większą apatię. Czy może być gorzej?

W drugim tomie serii, Władcach Midgardu, widzimy, jak korporacja Roxxon wykorzystuje podbity Alfheim jako kopalnię węgla i ropy naftowej, przynosząc prezesowi tej firmy, Dario Aggerowi, grube miliony. Agger, współpracujący z Malekithem, planuje zabezpieczyć się jakoś przed stratą tej elfiej żyły złota, gdyby, nie daj Odynie, Malekith miał gorszy dzień i zapragnął jego głowy, zwraca się więc o pomoc do Lokiego. Bóg Kłamstw opowiada mu historię Bodolfa Czarnego, nordyckiego władcy z ery wikingów, który pragnąc dorównać bogom wypił smoczą krew i stał się Hulkopodobną bestią. Prezes Roxxonu dodaje dwa do dwóch i nakazuje swoim najlepszym ludziom ubicie mieszkającego nieopodal smoka i wypicie jego krwi. Tymczasem na Ziemi nie dzieje się najlepiej – Jane zostaje siłą zaciągnięta na przesłuchanie przez dwóch Agentów SHIELD, którzy starają się poznać prawdziwą tożsamość nowego Thora. Tymczasem w Szwajcarii najbogatsi z najbogatszych – między innymi Wilson Fisk, Sebastian Shaw czy Shingen Karada – spotykają się, by omówić rosnący problem Roxxonu, który monopilzując międzywymiarowy rynek naftowy mocno denerwuje pozostałe głowy ogromnych korporacji. Cała sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy właścicielka fundacji Midasa na boku działająca jako kryminalistka Exterminatrix porywa Dario Aggera w celu wyciągnięcia od niego paru miliardów.

Cała ta zagmatwana sytuacja jest w gruncie rzeczy dość prostą historią – Thor musi dorwać Aggera, zanim jego osobista wyspa w ramach protokołu bezpieczeństwa zostanie zrzucona na Manhattan, zabijając miliony. Zabawa w wyścig z czasem nie prowadzi jednak do jakiejś większej konkluzji ani nie posuwa ogólnej historii pisanej przez Aarona naprzód. Pierwszy tom sporo namieszał, a drugi zamiast utrzymać tempo mocno spowalnia, koncentrując się głownie na świecie zwykłych śmiertelników takich jak my, czyli Midgardzie. Chociaż widmo Malekitha i Wojny Światów wciąż wisi nad bohaterami, Aaron raczej przypomina sobie o nim dopiero pod koniec, wcześniej racząc nas jedynie prostą, acz dość przyjemną historią pogoni za McGuffinem w postaci podłego do szpiku kości kapitalisty z mocą zmiany w minotaura. Uważam, że scenarzyście o wiele lepiej idzie prowadzenie opowieści o nordyckich bogach, mrocznych elfach, krasnoludach oraz kolorowych i rozbudowanych światach o nazwach brzmiących, jakby wzięto je żywcem z najnowszego katalogu Ikei, gdzie każdy mówi z szekspirowskim patosem. Co prawda na Ziemi widzimy sporo znajomych twarzy, dostajemy też element komediowy w postaci dwójki przedziwnych i mocno niekompetentych agentów SHIELD, ale całość wydaje się być jedynie miłym zapychaczem w znacznie bardzie rozległej i rozbudowanej narracji. Krótko mówiąc, chociaż może to brzmieć trochę głupio – o wiele lepiej czyta się o biciu młotkiem lodowych olbrzymów niż o konspiracjach prezesów firm. Chociaż Jane pisana przez Aarona jest pełna charyzmy i charakteru zarówno jako wątła i schorowana pani doktor, jak i bogini gromu, o wiele lepiej było widać to w pierwszym tomie, gdzie kobieta nie bała się przyłożyć w gębę samemu Odynowi. Aaron jednak odkupuje się pod koniec, gdy dowiadujemy się mocno zaskakującej prawdy na temat genezy mocy Mjolnira. Ten wcześniej nieznany sekret obraca o 180 stopni praktycznie wszystko, co wiedzieliśmy o zaklętym młocie.

Rysunki Russela Dautermana tradycyjnie świetnie pasują do historii Aarona – dynamiczne i klarowne, gdy przychodzi czas na akcje, ale i łagodne i wdzięczne, gdy następuję jakiś spokojniejszy moment. Tym razem są wyjątkowo przeplatane z ilustracjami Rafy Garresa, którego styl zdecydowanie rożni się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni – jego ręcznie malowane, kanciaste i ociężałe postacie pasują jednak do estetyki wikingów, chociaż momentami stają się nieczytelne i zlewają w jedną, szarą masę. Mimo wszystko nawet jeśli historia mnie nie porwała, praktycznie każda strona była niezwykle przyjemna dla oka.

Aaron powoli rozwija swój plan na stworzenie epickiej sagi o Thorze i patrząc na to, ile fantastycznych historii o Gromowładnym ma już na koncie, można mu wybaczyć moment lekkiej stagnacji. Czekam na dalszy rozwój wydarzeń, bo Jane Foster to świetna postać, której wieczny konflikt wewnętrzny wspaniale ukazuje, czym jest prawdziwe poświęcenie i bohaterstwo – mam nadzieję, że równie dobrze przełoży się to na wielki ekran.

Kliknij tutaj i przejdź do najlepszego sklepu internetowego z gadżetami superbohaterów!