Nie kocha, nie lubi, już nie szanuje. Porozmawiajmy o walkach!

Uniwersum, jak długie i szerokie, często przeplatają walki, wielkie bitwy jak i drobne szturchanki między różnego typu bohaterami. Jedne mają więcej polotu, inne mniej, ale wszystkie łączy jedno: fan nie potrafi przejść wobec nich obojętnie. Z zapartym tchem pochłania kolejne sceny wprost od rysowników czy też te składające się na uniwersum filmowe lub też serialowe. Każda walka wnosi coś nowego, jednak pojawia się pytanie: co tak naprawdę najbardziej “kręci” fana w tym, że jeden bohater staje naprzeciwko drugiego, bynajmniej z zamiarem dyplomatycznego rozwiązania sytuacji?

Odpowiedź wydaje się prosta. Dynamizm, niezwykłe techniki mające na celu pokazanie, jak słabszy bohater pokonuje tego, którego uważamy na starcie za wygranego, ale także niezwykłe zwroty akcji w różnej formie. Kto spodziewał się, że walkę między Supermanem a Batmanem powstrzyma jedno imię? Kto przewidział, kim naprawdę jest wróg Wonder Woman? Mimo spektakularności walk trzeba jednak przyznać, że wszyscy mamy w sobie coś z sadystów. Uwielbiamy patrzeć, jak ulubione postacie obrywają, przegrywają, czy muszą się wykazać nie tyle siłą, co intelektem, aby wyjść cało z nieraz beznadziejnego położenia. Kochamy przemoc, która podczas walk leje się strumieniem z komiksów czy ich ekranizacji. Niech rzuci kamieniem ten, kto nie czekał z zapartym tchem na Civil War, obstawiając, z którą postacią się pożegnamy już na stałe. Oczywiście, na rzucanie kamieniami należy uważać, w końcu każda broń może być zabójcza, zwłaszcza w nieograniczonym niczym świecie komiksu. Zresztą, przecież nawet jeśli postać umrze, zapewne od razu wróci (zadziwiające, jednak ta zasada dziwnie nie dotyczy wujka Bena) i znowu będziemy mogli rozkoszować się kolejnymi ciosami, unikami i próbami argumentowania walk między bohaterami.
Kolejne pytanie nasuwa się samo. Skoro każdy wraca, czy w ogóle potrzebne jest przedstawianie bohaterów podczas wymiany uderzeń? Zdumiewające, jednak odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca. Pokazując ich postawę, podejście do pewnych rzeczy, gotowość bronić pewnych racji, inne obalając  – nawet jeśli argumentem siły zamiast siłą argumentu – możemy zobaczyć, że kryształowe postacie, nieraz towarzyszące nam przez spory kawał życia, jak nie przy pomocy komiksów to ekranizacji, wcale takie kryształowe nie są.
Wybuchają gniewem, podejmują złe decyzje. Stają się w naszych oczach bardziej ludzcy, przystępni i o wiele mniej wyidealizowani. Często także przy samym temacie walki pojawia się zupełnie inny wątek. Główny protagonista musi stoczyć o wiele cięższy pojedynek ze swoją moralnością, która często stoi mu na drodze pomiędzy wartościami a realną możliwością ochrony ich. Widząc bohatera pozbawionego swojego komfortu, rzuconego na głęboką wodę, gdzie albo nauczy się pływać, albo utonie, możemy sami pozwolić sobie na pewne refleksje odnośnie moralności, etyki czy zwykłego światopoglądu. Podczas starć poznajemy także system wartości antagonistów, nieraz odkrywając, że ktoś, kto od początku był najgorszym złem, tak naprawdę jest do tego zmuszony albo we własnej, wypaczonej wizji jest wręcz protagonistą.

Można na spokojnie uznać epickie sceny pojedynków nie tylko za coś, co cieszy oczy swoją paletą barw, niepohamowanej przemocy oraz nagłych sojuszy czy innych zwrotów akcji, ale też za możliwość innego spojrzenia na danego bohatera i jego przeciwnika. Oczywiście, uniwersum bez bitw ma prawo bytu, jednakże czyż nie lepiej patrzeć na narastające konflikty, które zmieniają się w niezwykle starcia niż na spokojnie rozmowy przy stole? W końcu ekspresja jest tym, co tak naprawdę nas kręci. My chcemy to dostawać, a twórcy pragną nam to dać, właśnie za to kochamy superbohaterskie starcia.