blank

Jakiś czas temu wziąłem się za X-Men: The Animated Series, serial animowany, którego pierwsze odcinki są starsze ode mnie o kilka lat. Zapamiętałem go jaki świetną animację, na którą to śpieszyłem ze szkoły, byle tylko zdążyć (no i jeżeli się udawało uzyskać pozwolenie na wieczorny seans…). Czy zwodnicza pamięć dziecka zderzyła się z brutalną rzeczywistością?

Zaskoczeniem dla mnie było to, że jakimś cudem pamiętałem jaki był pierwszy odcinek mimo, że ciężko mi mieć pewność co do chronologiczności z jaką to oglądałem na FoxKids, a później Jetixie. Dubbing, nieco gorszy niż go miałem w swojej pamięci, ale dalej jest on na przyzwoitym poziomie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę lata, w jakich cała produkcja powstawała i była spolszczana.

Myślałem, że bohaterów było więcej, niż to faktycznie miało miejsce. Tak naprawdę, X-Menów „stałych” można policzyć na palcach obu rąk. Oczywiście, pojawia się więcej postaci – zarówno tych pozytywnych, jak i złoczyńców, jednak większość występów jest zaledwie epizodyczna lub nadmiernie powtarzalna. Co rozumiem przez ten ostatni zwrot? Wątek Apocalypse był poruszany kilkukrotnie, chyba każdy sezon miał swoją chwilę z tym antagonistą, a sezonów mamy pięć.

Nie zabrakło też elementów wzniosłych, można by rzec „epickich”, jak Magneto zwołujący setki, jeżeli nie tysiące mutantów, by dać im bezpieczny dom, czy też ten sam osobnik zbierający innym razem wielką armię, by zniszczyć ludzkość, za to co uczynili jego jedynemu przyjacielowi.

Show dalej potrafi wciągnąć na chwilę, a odcinki trwają zaledwie 21 minut, więc mijają niezwykle szybko. Oczywiście, były momenty, w których kącik ust podnosił się z powodu pewnej żałości niektórych scen, czy rozwiązań, jednak zabawa jaką niesie za sobą X-Men: TAS pozwalała mi przymknąć oko i nie skupiać się nad tym aż za bardzo. Moje wewnętrzne dziecko było zadowolone, a dorosły ja (powiedzmy) był całkiem zadowolony, czasem dając pierwszeństwo tej animacji przed serialami Arrowverse.

Jednak czy jest coś w tej kreskówce, co współczesnego widza mogłoby zainteresować? Chociażby pewna wierność swojemu pierwowzorowi. Serial pozwala poznać genezę niektórych postaci, chociaż odcinki ułożone są niekoniecznie… sensownie. Jak Sinister pojawiający się już w pierwszym sezonie (chyba), miał swój origin przedstawiony dopiero w jednym z ostatnich odcinków całości.

Wiele epizodów poświęconych jest Wolverinowi, więc jego fani powinni być ukontentowani. Nie jest to tylko jego origin, acz i jemu poświęcono sporo miejsca, w tym epizod o czasach jego pobytu w Team X, ale też kilka odcinków jest poświęconych podróżom Wolverina w celu odnalezienia wyciszenia i spokoju ducha, a może też odkupienia? Nawet można zaznajomić się z kilkoma miłostkami naszego Rosomaka!

Całkiem sporo miejsca poświęcono również Imperium Shi’ar, o czym pamięć tak właściwie była jednym z czynników mojego powrotu do tej serii – uznałem, że może to być fajne wsparcie przy recenzji „Powstanie i upadek Imperium Shi’ar”. Są oni również powiązani z Sagą Feniksa, która trwała połowę sezonu (no 9 odcinków na 19).

Co więcej mogę rzecz? Warto rzucić okiem na tę serię, niekoniecznie rzucając wszystkie inne seriale jakie się obecnie ogląda, ale w wolnej chwili czy przerwie między poszczególnymi sezonami? Świetny przerywnik, zwłaszcza jeżeli ktoś z was ogląda „the Gifted”. Dodam również, że swój wątek otrzymał Inner Circle odgrywający również ważną rolę we wspomnianym serialu.

PS. Motyw przewodni dalej jest cudowny.