blank

„Spider-Man: Niebieski” – komiks, w którym kolor kształtuje bohatera (Recenzja)

Peter Parker, za którego postacią kryje się pajęczy superbohater, to ikona wydawnictwa Marvela. To symbol, bez którego niezwykle trudno jest wyobrazić sobie współczesny świat obrazkowych historii nanoszonych na dwuwymiarowe plansze.

Czy to dzieciak z osiedla, czy to starszy czytelnik, bądź dorosły sympatyk komiksów, dzisiaj każdy zna Parkera: mieszkającego na Manhattanie u cioci May, nieśmiałego młodzieńca o niesamowitej, zakotwiczonej w smukłym ciele sile.  Początkowo Spider-Man, którego stworzył m.in. Stan Lee, a rozrysował Steve Ditko i Jack Kirby, miał być swoistym eksperymentem. Scenarzyści chcieli sprawdzić, jak miłośnicy komiksów zareagują na sylwetkę nastolatka obdarzonego nadludzkimi możliwościami, który momentalnie staje się superbohaterem.  Była to niecodzienna, bezprecedensowa sytuacja, a to głównie ze względu na jego wiek. Dotychczas herosów kreowano jako dorosłych ludzi, którzy godzili jakoś swoje prywatne życie z obowiązkami bycia tarczą i pierwszą linią obrony dla obywateli metropolii i często całego świata. Ku zaskoczeniu twórców ,,pajęczaka” jego postać w środowisku fanów przyjęła się bardzo dobrze, a podsumowując to dziesiątki lat później: wręcz genialnie. Pośród wielu serii Marvela, w których eksponowano Spider-Mana, rzeczywiście warto zawiesić oko i przysiąść na dłużej nad ,,kolorowymi” wydaniami tego Uniwersum, które w Polsce ukazały się dzięki wydawnictwu „Mucha Comics”. Historię do tak specyficznych zeszytów sklejał Jeph Loeb, który w konkurencyjnym „DC” pisał scenariusze do eventu:  „Superman/Batman”, co w tym przypadku wyszło mu niezwykle dobrze i płynnie. Oprócz „Daredevila – Żółtego”  czy „Hulka Szarego” do tego zbioru należy również „Spider-Man – niebieski”, który będzie dla mnie pierwszym komiksem z tego cyklu i który swoją ,,barwą” wciągnie mnie w niezmierzony świat poczynań Petera Parkera i jego pogodzenia się z konsekwencjami wielu trudnych decyzji.

blank

W „kolorystycznej” serii Marvela, którą należy rozumieć dwuznacznie, każdy odcień reprezentuje daną postać. Jest podsumowaniem jej zachowania, wyglądu zewnętrznego i oceną postępowania jako bohater. U Spider-Mana niebieska tonacja wzmacnia pozytywne wartości, które on prezentuje: jego młodzieńczość, werwę, fizyczną naturalność, pod którą skrywa się potężna siła niejednokrotnie dorównująca najbardziej atletycznym istotom z tego multiversum. Z głębszej, nieco metafizycznej strony natury Parkera, odnosi się to do żalu skrywanego w sobie po stracie Gwen Stacy, do której bohater przemawia przez całe sześć opowieści, nagrywając się na magnetofon. Może się to wydawać lekko zamaskowane, gdy śledzi się przebieg tych komiksowych historii, jakby sam Spider-Man chciał oddzielić się od świata murem wyjątkowo twardych, solidnych cegieł. Niewidzialnym budulcem, który pomoże mu nie zniechęcić czytelnika i zachować morze dobrych wspomnień o jedynej Gwen. Co najważniejsze, już od pierwszych stron komiksu czuć lekki wpływ techniki rysunku i nakładania tuszu z okresu drugiej połowy XX wieku. Postacie, budynki i ogólnie cała rzeczywistość, w której rozgrywają się wydarzenia „Spider-Mana – niebieskiego”, naniesione są przez twarde ostre linie i szybkie pociągnięcia ołówkiem, gdzie grubsze kontury zastępuje lepiej zaaranżowane cieniowanie. Cechy szczególne sylwetek, np. wygląd włosów Petera, które często akcentuje opadający na czoło kosmyk  niczym zadziorny kędzior włosów u emanującego nieskazitelnym zdrowiem Supermana, są, jak żywcem zdjęte z wizerunku mężczyzn z amerykańskich reklamówek wczesnych lat 50-tych, propagujących sielskie, idylliczne życie z wzorcowym modelem rodziny, która śmiało wraz z resztą społeczeństwa wchodzi w powojenną nową erę kulturową i technologiczną, w tzw. „American Dream”. Niebieskie kolory, które przebijają się przez cały komiks, te, które w szczególny sposób, jak sygnał podprogowy umiejętnie umieszczone dodają temu wydaniu dodatkowej wartości. Przez to bardziej rozumiemy sylwetkę Parkera  oraz to, jak przeżycia, które przytacza w memorandum – czyli dla czytelnika cała treść komiksu – rzeźbią tego herosa, czyniąc go jeszcze bardziej ludzkim. Weźmy na to niebieski garnitur Petera, sweter Flasha  lub zasłony w szpitalnej sali, gdzie leży były Green Goblin: Norman Osborn, a to wszystko w tym samym odcieniu. Takie chwytliwe, wyróżniające się kolory skupiają wzrok doświadczającego komiksu sympatyka na danym fragmencie planszy, a zawsze wokół tego kręci się Parker lub postacie, które nie tylko kreują jego zachowanie i podejście do bycia superbohaterem, ale i po części doprowadzają do śmierci Gwen Stacy, bez której w sercu Petera zapanuje pustka, a taką pustkę bardzo ciężko będzie załatać.

blank

Poznawanie Gwen Stacy i Mary Jane Watson to główna linia wydarzeń niniejszej narracji obrazkowej, co samo w sobie rozciągnięte jest na sześć spójnych historii. Starcie z Green Goblinem, potężnym, zwalistym Rhino, pojedynek z dwoma Vulture’ami i odparcie ataku będącego jak cień, kryjącego się w miejskiej dżungli od początku opowieści, polującego na ,,pajęczaka”: Kravena Łowcy, którzy, co najciekawsze, wyglądają jak ich klasyczne najwcześniejsze wizerunki,  to coś, co należy rozumieć jako ekstra dodatek. Emocje, których Peter trochę się wstydzi, i które początkowo skrywa tylko dla siebie, z kartki na kartkę mówią o tym coraz odważniej. Nie jest to jakaś potężna egzaltacja uczuć, ale Parker jest wyraźnie przytłoczony, zimny, pozbawiony kolorytu. Prawie jak szara, cielesna skorupa, która niegdyś była domem dla duszy, a teraz staje się jądrem wijących się wysysających wszelakie ludzkie emocje i wartości. Naświetlają to dość dobrze rozmyte, niebieskawe dymki, z lekko zaokrąglonymi krawędziami, które – gdyby tak wyciągnąć z komiksu – stanowiłyby osobny monolog Parkera, a walka z łotrami i poznawanie Gwen i Mary Jane, czyli tak na dobrą sprawę cała reszta, pojawiłyby się jako kolejna cukierkowa, zwykła historia typowego marvelowskiego herosa. Start komiksu jest tak samo poruszający, jak jego koniec. To wszystko krąży wokół intymności, jego więzi z bliskimi mu ludźmi, a przy tym reszta schodzi na dalszy plan. Nawet zwykłe żarciki J.J.Jamesona – redaktora „Daily Bugle – na temat Spider-Mana, który jak zwykle według niego stoi za wszystkim, za co można odpowiadać i to on, jak kanalizacji, niszczy cały Nowy Jork i za żadne skarby tego świata w ogóle miastu nie pomaga. Takie gagi jak ten oczywiście się zdarzały, ale były niczym niewinne ,,śmieszki”, przypominające o znanej komiksowej formie przedstawiania wydarzeń ze świata Spider-Mana.

Ostatnie plansze komiksu to półcień, wyblakły błękit przechodzący momentami w atakującą szarość i emocjonalna katatonia. Peter naciska przycisk stop, a magnetowid przestaje nagrywać. Nasz pajęczak kończy swoją relację do Gwen, co równoznaczne jest z końcem tego komiksu. Jednakże jego koniec jest zarówno początkiem, a początek końcem. Kilka historii złączonych w to wydanie to retrospekcje apatycznego i zniechęconego Parkera, które okala znienawidzona przez niego teraźniejszość. Może tak powinno być? Może, jak sam Spider-Man powiedział, ,,dobre rzeczy następują po złych” i gdzieś tam tli się jakaś nadzieja, że z Mary Jane Watson czeka go wiele wspaniałych chwil. Czy to nie porażki kształtują silne charaktery?