blank

Arrow 5×10 – Marzenia się spełniają! [RECENZJA]

Arrow powraca po długiej przerwie. Pierwsza połowa 5. sezonu pokazała, że twórcy dalej mają coś do zaoferowania i potrafią podnieść się z kolan. Niestety, obawiam się, że serial po raz kolejny dostał lekkiej zadyszki…

Przyznaje się, że przez te 4 lata bardzo polubiłem postać Felicity. Ba, nawet po cichu od samego początku kibicowałem jej i Oliverowi, aby w końcu stali się parą. Niestety, od pewnego czasu, twórcy korzystając z dużej popularności naszej Overwatch postanowili zrobić z niej jeszcze ważniejszą i jeszcze „śmieszniejszą” postać. W rezultacie z każdym odcinkiem zaczyna być coraz bardziej irytująca, a jej zachowanie staję się powoli irracjonalne. Najbardziej obawiam się tego, że śmierć detektywa Malone zostanie całkowicie zmarnowana i nie wpłynie na żadnego z naszych bohaterów. Odnoszę wrażenie, że Felicity zbytnio się tym nie przejęła i już zaczyna powoli robić maślane oczy w stronę Oliviera, którego w sumie w ogólnie to nie rusza, ponieważ jest zbyt zajęty swoim romansem z Prometheusem.

Nie mam pojęcia, co myśleć o nowej postaci, która najprawdopodobniej w przyszłości dołączy do zespołu jako kolejna odsłona Black Canary. Uważam, że została wprowadzona na siłę i tak naprawę serial nie potrzebuje kolejnego mściciela. Oczywiście, jeżeli owa tajemnicza kobieta nie pociąga za sobą konieczności istnienia tego obskurnego pomnika Laurel, to jestem jak najbardziej na tak!

Często krytykowałem postać Curtisa z powodu wyglądu i tego, jak bardzo ten bohater nie nadaje się na mściciela. Na szczęście twórcy to zrozumieli i nadali nową rolę naszej ikonie poprawności politycznej. Podoba mi się jego relacja z Wild Dogiem, ponieważ obaj bohaterowie w sposób naturalny dopełniają się poprzez zróżnicowanie swoich umiejętności.

Rosyjskie retrospekcje, które tak bardzo chwaliłem, tym razem niczym mnie nie zachwyciły. Nie podszedłem nawet zbytnio entuzjastycznie do postaci, która pojawiła w jednej z ostatnich scen.  Należę do nielicznych osób, które lubiły i chwaliły 3. sezon (a przynajmniej jego drugą połowę), ale nie rozumiem, dlaczego twórcy postanowili ponownie zanurzyć się w rzece, do której fani wylali wiadra pomyj.

Nie sądziłem, że kiedyś doczekam czasów, w których najbardziej intrygującym i najciekawszym motywem nowego odcinka będzie historia Johna Diggla. Oczywiście macie prawo się ze mną nie zgadzać, ale uważam, że relacja Spartana i prokuratora (aka Vigilante) została nakreślona bardzo zgrabnie i umiejętnie, pozostawiając twórcom szeroki wachlarz możliwości na dalsze poprowadzenie tego wątku.

Efekty specjalne w tym odcinku stały na bardzo niskim poziomie. Strasznie przeszkadzał mi ten nędznie wyglądający krzyk Black Canary. Sceny walki też niczym specjalnym nas nie zachwyciły. Obawiam się, że może być to spowodowane brakiem wystarczających środków, aby utrzymać równy poziom przez cały sezon. Zauważyłem także, że Ragman w tym odcinku praktycznie nie używał swojej mocy, pomimo faktu, że brał udział w niemalże każdej scenie akcji. Czyżby to rzeczywiście oznaczało cięcia kosztów?

Nie zrozumcie mnie źle – to nie był zły odcinek. Jeden wątek sprawił, że będę go wspominał bardzo miło! Można powiedzieć, że moje marzenia się spełniają! Pomnik Laurel został w końcu zniszczony! Czekałem na to 9 odcinków… Jeszcze tylko trzeba zaliczyć sesję i będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Romek