„Nowi Mutanci” to iście pechowa produkcja. Jej premierę przesunięto czterokrotnie, a projekcja tego filmu w dobie pandemii koronawirusa poskutkowała niezwykle niskim wynikiem box-office, przez co dzieło Josha Boone nawet nie zwróciło kosztów produkcji. Niezbyt pochlebne recenzje zapewne także się temu przysłużyły.

Osobiście z wielką niecierpliwością wyczekiwałem tegoż spin-offu X-Menów, gdy tylko go zapowiedziano, jednakże z każdą kolejną obsuwą zacząłem miewać coraz większe wątpliwości. Cały czas mówiło się o dokrętkach, a ostatecznie podobno postawiono na oryginalną wersję, chociaż i na niej użyto „nożyczek”, bo np. na próżno nam szukać sceny z Antonio Banderasem, który rzekomo miał pojawić się w scenie po napisach.

Z tego powodu nie nakręcałem się zbytnio na seans w kinie, dlatego też nie wyszedłem z niego wielce zawiedziony. Teraz dzięki uprzejmości Galapagos miałem szansę jeszcze raz zmierzyć się z tym tytułem i czy faktycznie jest tak źle, jak mówią w sieci?

Czymże, a raczej kimże w ogóle są tytułowi „Nowi Mutanci”? To grupa wyrzutków, którzy dopiero co odkryli swoje moce i trafili do instytutu, który ma im pomóc w ich opanowaniu. Brzmi to zupełnie jak opis szkoły Charlesa Xaviera, jednakże o ile posiadłość X-Menów charakteryzuje raczej rodzinny klimat, tak tutaj od samego początku mocno czuć klimat rodem z psychiatryków i to takich, które widuje się w horrorach.

Historia skupia się na tychże „pacjentach”, których pomimo zupełnie odmiennych mocy i charakterów, łączy jedno – w wyniku działania ich mocy ucierpieli inni ludzie. Dość szybko można zauważyć, iż Pani Doktor zajmującej się naszymi dzieciakami, wcale nie chodzi o ich dobro, a ucieczka raczej nie wchodzi w rachubę. Gdyż teren dookoła placówki otoczony jest magiczną barierą.

Z każdym z bohaterów będziemy mogli na spokojnie się zapoznać, gdyż wszyscy otrzymają swoje przysłowiowe pięć minut, aby widz na spokojnie zapoznał się z ich historią i profilem psychologicznym.

Mimo że główne skrzypce gra tu Blu Hunt, która wciela się w rolę Danielle Moonstar, to jednak całe show skrada niezwykle utalentowana Anya Tayolor-Joy, odgrywająca postać Illyanny Rasputin. Jeżeli nazwisko to brzmi wam znajomo, to nic dziwnego, gdyż Magik jest młodszą siostrą Colossua, znanego, chociażby z obydwu filmów o Deadpoolu.

Pozytywnie wypadła także kojarzona głównie z Gry o Tron Maisie Williams. Ta ponownie portretuje iście wycofaną postać, jednakże tym razem przepełnioną empatią i współczuciem, przez co dość łatwo obdarzyć ją sympatią i dużo przyjemniej ogląda się ją na ekranie, niż to było w przypadku młodej Starkówny.

Pozostali niestety już tak nie zachwycają. Filmowy Roberto de Cosa, czyli Henry Zaga jeszcze gra w porządku, lecz niestety sama Blu, czy Charlie Heaton (Tutaj jako Sam Guthrie) niezbyt się popisali i w ich przypadku wyszło nieco drętwo.  O ten drugi mógł być ograniczony przez scenariusz i sposób, w jaki wykreowano jego herosa, tak u panny Hunt ciężko było wyczuć jakiegokolwiek emocje.

Sam zarys fabularny jest naprawdę ciekawy i intrygujący, jednakże ewidentnie coś nie tak poszło w procesie produkcyjnym, co z resztą tłumaczyłoby te wszystkie problemy, z którymi musiał zmagać się ten film. Moim największym zarzutem jest wszechobecny chaos, szczególnie w trzecim akcie, w którym momentami nieco ciężko nadążyć za akcją oraz czasem odnosiłem wrażenie, iż wycięto jakieś ważne fragmenty, przez co czułem się zdezorientowany.

„Nowym Mutantom” jednak daleko jest od bycia najgorszą pozycją w uniwersum filmowym X-Menów. Owszem, ciężko nie zauważyć zmarnowanego potencjału, jednakże pomimo wszystkich braków, to jednak te półtorej godziny mija naprawdę szybko i sprawnie. Historia jest intrygująca i mocno trzyma widza przy ekranie, seans też nie powoduje, iż od środka coś mnie wręcz skręcało, czego np. nie mogę powiedzieć o niesławnym „X-Men Geneza: Wolverine” (I ta profanacja Deadpoola! Auć!).

W przypadku efektów specjalnych także jest mocno nierówno, co raczej spowodowane było niskim budżetem. Niektóre momenty wyglądają naprawdę dobrze i bardzo cieszą oko, a inne natomiast wypadają niczym z przerywników filmowych gier na Playstation 3, jednakże nie raziło mnie to tak mocno w oczy, co może być spowodowane tym, iż superbohaterskie seriale ze stacji The CW mocno obniżyły moje standardy.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie natomiast ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Marka Snowa. Utwory bardzo dobrze wpasowują się film, pełno w nich dramaturgii i grozy, co świetnie oddaje nieco mroczniejszy klimat produkcji. Na pewno nie jest to soundtrack, do którego będę z chęcią wracał, choć nie ukrywam, iż z wielką chęcią usłyszałbym nieco dłuższą wersję coveru Pink Floyd. Całą ścieżkę możecie przesłuchać poniżej:

Wracając do pytania z początku recenzji – czy faktycznie jest tak źle, jak mówią w sieci? Osobiście uważam, że nie jest, jednak podchodząc do seansu, trzeba się nastawić, iż nie czeka na was wielce ambitne kino superbohaterskie. „Nowym Mutantom” daleko do poziomu filmów spod szyldu MCU, jednak nie oznacza to, iż mamy do czynienia z totalną katastrofą.

Jeżeli do tej pory wytrzymaliście na wszystkich z dotychczasowych produkcji o X-Menach, to i w tym przypadku na spokojnie dacie radę, gdyż jak już wcześniej wspomniałem – zdarzyły się dużo gorsze dzieła w tym uniwersum.