Nie da się ukryć, że Disney zdecydowanie polubił recyklingowanie swoich starszych animacji i choć produkcje te nie zachwycają równo mocno, co oryginały, to jednak w większości przypadków okazują się bardzo przyjemnymi seansami. Czy tak samo jest w przypadku „Mulan”?

Dzieło Niki Caro trafiło do tej puli szczęśliwych filmów, które były w kółko przesuwane z powodu pandemii koronawirusa. Osobiście nie udało mi się obejrzeć go w kinie, ale dzięki wydawnictwu Galapagos mam okazję to na drobić w swoim własnym zaciszu domowym 🙂

Przed samą premierą aktorska „Mulan” już zdążyła sobie znaleźć wielu sceptyków, którzy stale wynajdywali nowe problemy, a największym z nich był brak Mushu – charakterystycznego, wesołego i żartobliwego smoka, który towarzyszył bohaterce przez cały film! Czy faktycznie powinniśmy przez taką błahostkę skreślać całą produkcję?

Ogólnie fabuła jest bardzo zbliżona do pierwowzoru, jednakże już od samego początku można zauważyć pewne zmiany, a w tym tę najważniejszą – tonacji historii.

Animacja pomimo poważniejszych i smutniejszych momentów, była utrzymana w typowo komediowej formie – w tym przypadku mamy do czynienia z dramatem sensacyjnym, starając się być na tyle realistyczną produkcją, na ile się da. Czy to coś złego? Skądże.

W ten sposób otrzymujemy obraz iście konserwatywnych Chin, gdzie najważniejszymi wartościami są cesarz, ojczyzna i rodzina, kobiety nie mają żadnego prawa głosu, a ich zadaniem jest wyjście za mężczyznę, którego wybrała im swatka, a następnie usługiwanie w domu i wychowywanie potencjalnych dzieci.

To facet jest głową rodziny, to on obejmuje ważniejsze stanowiska lub idzie do wojska oraz to on decyduje o losie swojego potomstwa. Hua Mulan postanawia zmienić ten porządek rzeczy i pokazać, że płeć piękna także może nosić spodnie!

Tak w ramach przypomnienia – oryginalna legenda powstała w okresie panowania północnej dynastii Wei, czyli latach 386-535 i choć obecnie sytuacja wygląda już dużo lepiej, to jednak po takim czasie dalej jest sporo rodzin mocno tradycjonalistycznych, które trzymają się tych zasad, co ich przodkowie.

Nasza bohaterka wykrada się do armii, gdzie przechodzi solidny trening, choć okazuje się, że nie do końca potrzebny. Spotyka tam też swoich nowych przyjaciół, w tym Świerszcza, który tutaj występuje pod ludzką postacią. Wprowadzono także nowe postaci, jak walczącego u boku Mulan Chen Honghuia, albo znajdującą się po drugiej stronie barykady wiedźmę Xian Lang, wspomagającą w walce niegodziwego Bori Khana, który praktycznie niczym nie różni się od Shan Yu. Za to na próżno szukać Li Shanga, ale spokojnie – kto inny podbije serce bohaterki.

Pod względem samego scenariusza i wprowadzonych w nim zmian jest jak najbardziej w porządku, jednakże nie jest bez skaz. Największą z nich jest fakt, iż w ostatecznym rozrachunku wychodzi na to, iż Mulan nie potrzebowała żadnego większego treningu, bo parafrazując Kanclerza Palapatine – „Moc w niej jest silna”. Cierpi na tym ten „edukacyjny” aspekt, w którym widzimy główną bohaterkę mocno harującą, aby stać się prawowitym żołnierzem.

Choć wszystkie aktorskie wersje klasycznych animacji dalej nadają się do obejrzenia przez dzieciaki, tak przy „Mulan” zastanowiłbym się kilka razy, zanim bym miał go puścić pociechom. Pomimo kilku gagowych sytuacji oraz lużniejszych momentów, to jednak dalej surowy, realistyczny klip, w którym trup ściele się gęsto.

Nie dane nam będzie także pośpiewać – choć ciężko w to uwierzyć, to Walt Disney poważnie zrezygnował z jakichkolwiek piosenek w trakcie produkcji, co tylko podkreśla, że faktycznie poważnie podeszli do tematu.

Mimo wszystko historia poprowadzona jest bardzo zgrabnie i na dobrą sprawę ciężko się do niej przyczepić. Nowe elementy i brak starych w ogóle nie przeszkadza w produkcji, a całość stanowi ciekawe podejście do tematu.

Pozachwycać się można scenerią, która faktycznie wypada bardzo ładnie i po prostu cieszy oko. Jeżeli lubujecie się w azjatyckich klimatach, to będziecie wniebowzięci. Jest mocno orientalnie, także nie musicie martwić się o ten aspekt.

Niestety część tych ujęć była kręcona także w regionie, w którym znajdują się obozy „reedukacyjne” dla Ujgurów, czyli mniejszości muzułmańskiej. Wszystko pewnie przeszłoby bez echa, gdyby nie fakt, że sami twórcy podziękowali władzom Sinciangu na końcu filmu.

Aktorzy prezentują się bardzo pozytywnie. Liu Yifei wypada mocno charyzmatycznie, co przecież bardzo pasuje do jej postaci, napotkamy także kilku mistrzów walki, jak Jet Li, czy Donnie Yen. Większość wypada w miarę naturalnie, mocno wczuwając się w swoje role, także tutaj stawiam wielki plus.

Skoro scenariusz jest w porządku, sceneria wypada pięknie, a aktorzy dają rade, to czy mamy do czynienia z filmem idealnym? Niestety, jest jedna rzecz, która mocno wpływa na odbiór całokształtu i ciężko przejść obok tego obojętnie. Chodzi o samą… reżyserię i montaż! Niki Caro kojarzę głównie z „Ania, nie Anna”, ale w życiu nie powiedziałbym, iż „Mulan” to jej dzieło.

Momentami czułem się, jakbym oglądał jakąś amatorską produkcję na youtube, chociaż niejednokrotnie widziałem przyjemniejsze klipy. W tym przypadku jest bardzo, ale to bardzo chaotycznie, przy najprostszych scenach niejednokrotnie i zupełnie niepotrzebnie użyto po kilka ujęć (szczególnie na samym początku!), a od efektu spowolnienia miałem już mdłości, gdyż wciskano go dosłownie wszędzie.

No i właśnie przez takie chaotyczne zdjęcia oraz ruchy kamery ucierpiały iście ważne dla tej produkcji sceny walk, które oglądało się bardzo ciężko. CGI także pozostawia wiele do życzenia, co nieco dziwi, gdyż budżet filmu do najmniejszych nie należał, a także tego typu ujęcia nie zdarzały się zbyt często.

Mimo wszystko dotarłem do samych napisów końcowych i nie mogę powiedzieć, że bawiłem się źle, a wręcz przeciwnie. Nie jest to styl, do którego przyzwyczaił mnie Disney, bardzo mnie cieszy te nieco odmienne podejście do produkcji. Realizm w przypadku „Mulan” to strzał w dziesiątkę i choć Pani Niki Caro nie do końca się postarała pod względem reżyserii, tak warto zapoznać się z tą legendą opowiedzianą na nowo.

Warto też dodać, że w przypadku wersji Blu-Ray otrzymujemy także kilka dodatków, a konkretnie:

  • Klasyka w nowym wydaniu
    • Zupełnie inna Mulan
    • Oblicze zła
    • “Lustro” i muzyka w filmie
    • Mulan z animacji
    • Sceny niewykorzystane
    • Teledyski: Reflection, Loyal, Brave, True

Także jeżeli po seansie ciągle wam mało, to w taki sposób możecie jeszcze nieco przedłużyć sobie rozrywkę. Więcej informacji oczywiście na profilu Galapagos 🙂