Druga część futurystycznej opowieści o próbie ratowania Gotham przez Mrocznego Rycerza utwierdziła mnie w przekonaniu, że DC wciąż trzyma poziom i jakość swoich komiksów. Podniosło mnie to też na duchu, gdyż po Odrodzeniowej serii obiecałem sobie zrobić drobną przerwę od tego Uniwersum. Na całe szczęście po przeczytaniu drugiego tomu Murphy’ego zawieszam już to postanowienie.

„Klątwa Białego Rycerza” z początku mnie zniechęcała. Nieszczególnie jestem fanem tej kreski, chociaż po pewnym czasie można się do niej przyzwyczaić, a nawet ją docenić. Kontynuacja tomu „Biały Rycerz” wciąż ujmuje jednak dobrą historią. Mam wrażenie że fabularnie stoi ciut wyżej od poprzedniej części. Porusza inne aspekty, bardziej odwołuje się do przeszłości Bruce’a Wayne’a, mimo to wypada to bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że jak już wgryzłem się w przedstawione wydarzenia, ciężko było mi uwierzyć, że koniec nadszedł tak szybko. Trzeba przyznać, że to co dzieje się na kartach raz za razem wciąga coraz bardziej.

Poza samą historią w całej serii bardzo dobrą rzeczą jest ukazanie postaci „lata później”. Nie będę sypał spoilerami, jeżeli ktoś po te części nie sięgał, bo zepsuję całą zabawę. Jednak ten dość nietypowy zabieg jest wręcz świetny. To co już znamy nie zaskakuje i nie wywołuje uśmiechu, a to, w jakim kierunku skierowane zostały ścieżki niektórych bohaterów, bardzo urozmaica lekturę. Dodatkowym plusem są smaczki w postaci Batmobilu z ‘89 roku, czy Tumbler z serii Nolana, czy superzbroja głównego antagonisty. Jednym słowem – miodzio. Miło było na to popatrzeć. Jednak jak w przypadku tego typu smaczków wymaga jest znajomość wielu innych historii i ekranizacji, by móc się takimi momentami cieszyć.

A to co co spodobało mi się najbardziej i naprawdę urzekło to scenariusz – dialogi i monologi były po prostu w punkt. Nie były górnolotne, przegadane, czy po prostu niepotrzebnie rozwleczone. Nie było to też minimum tekstu, uzupełnione przez niepotrzebne onomatopeje. Rozmowy bohaterów nadawały im charakteru i chemii. Dzięki tym dialogom czułem sympatię do większości postaci. Niestety – poza tą kluczową. Akurat sam Batman nie przekonał mnie do siebie. Może i był na swój sposób sobą, ale jego wybuchy złości, raz za razem mieszane z patetycznymi tekstami i postanowieniami wywoływały u mnie przewrót gałek ocznych, od razu miałem chęć zrobienia sobie przerwy w czytaniu. W przypadku tytułowej postaci jest to ogromny minus, bo pierwszy raz w opowieści o Mrocznym Rycerzu, najbardziej przeszkadzał mi… Mroczny Rycerz.

Historia jest odważna i często niekonwencjonalna, ukazując nietypowe historie znanych nam postaci i odwołując się do nieznanej, oraz mrocznej, historii komiksowego Gotham City. Pojawienie się brutalnego Azraela i jego działania w mieście przenoszą na zupełnie inny level zmagania Batmana z poprzedniej części. Historia oferuje czytelnikowi kilka niespodziewanych zwrotów akcji, tym bardziej wciągających w prezentowane wydarzenia.

„Klątwa…” mimo początkowych niechęci wywołała u mnie pozytywne emocje i sprawiła, że czekam na kolejne epizody tej serii. Mimo to bardzo się cieszą, że zdecydowałem się na sięgnięcie po drugi tom tej opowieści. Z czystym sercem mogę przyznać, że mnie nie zawiodła.