PODZIEL SIĘ

Hitman, gra wydana w 2016 przez Square En… A nie, to nie to. Tym razem mamy do czynienia z komiksem, który pojawiał się kilkanaście lat temu dzięki wydawnictwu Mandragora. W sumie mało kto, w tym ja, o nim słyszał, więc niemałe było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem go na liście. Czy warto było przeznaczyć czas na czytanie? Przekonajcie się!

Na początek pragnę podziękować wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji!

Opowieść zaczynamy od poznania okoliczności uzyskania mocy przez głównego bohatera. Tommy Monaghan w wyniku kontaktu z POTĘŻNYM kosmitą posiadł telepatię i X-RAYA, dzięki czemu jest kimś niezwykłym, a mianowicie zabójcą na zlecenie. Chwila, chwila, przecież to już okropnie przetyrany temat. W zasadzie tak, ale nasza postać zabija superherosów i tych, których uzna za złoli, co dało Ennisowi wielkie pole do popisu!

Tommy mimo tego, że nie jest specjalnie skomplikowanym protagonistą ma bardzo urozmaiconą osobowość, dzięki której bardzo łatwo go polubić. Nie jest to zmienny gość, którego prosto zaszufladkować. On twardo stoi przy swoich przekonaniach. Jest zimnokrwistym zabójcą ze świadomością, że może zginąć na każdej ze swoich “robót”, a jednocześnie bardzo sympatycznym typem kumpla na imprezę!

Oczywiście nie jest on sam. Przez te kilka zeszytów pojawia się mnóstwo postaci. Szefowie karteli, skorumpowani gliniarze, czy sam demon Etrigan! Oprócz tego Monaghan ma zgraną paczkę przyjaciół, z którymi gra w karty/billarda i rozmawia o rzeczach przeróżnych. I właśnie tutaj Ennis zastosował świetny trick, który ma nam przybliżyć historię postaci. Każdy z chłopów podczas spotkań coś opowiada (jeden cały zeszyt był dosłownie o opowiadaniu sobie historii z życia), dzięki czemu możemy się co nieco o nich dowiedzieć.

Hitman to troszkę taki film akcji klasy B, który odpalamy do jakiegoś piwka, coli, chipsów z kumplami na posiadówce. Porównanie do prostego akcyjniaka może wydawać się niegatywne, ale nic z tych rzeczy. Skąd zatem ta analogia? Ano stąd, że komiks wybrzmiewa czarnym humorem i stosem trupów (jak by to nie brzmiało…). Zdecydowana większość dialogów opiera się na żartowaniu to ze swojego fachu, to ze śmierci, to jeszcze z czegoś innego. Może nie są to śmieszne żarty, może nie wpasują się w dzisiejsze realia, a mówienie czegoś takiego byłoby uznane za “edgy”, ale niesamowicie pasują do Monaghana. Wyobraźmy sobie taki Nowy Jork lata 90. i zabójca na zlecenie! Aż wąs sam się unosi do góry, nie oszukujmy się.

Co do stosu trupów, to bardzo mi się podoba, jak postacie szybko zostają ranione, umierają czy cokolwiek innego. Ennis konsekwentnie trzyma się całego tego niebezpieczeństwa panującego w fachu zabójcy na zlecenie. Mimo wszystko śmierć nie pozostaje niezauważona. Niektóre drastyczne wydarzenia zmieniają wręcz całkowicie niektóre charaktery. Przykładowo dawny kumpel Tommy’ego, który przestał przeklinać po śmierci matki – co prowadzi do zabawnych gier słownych i prób zastąpienia wulgaryzmów.

Dodatkowo cały album czyta się niezwykle szybko, właśnie dzięki takiej dynamice, która tu panuje. Ciągle się coś dzieje. Mimo tego, że przez większość zeszytów trwa ta sama historia, to twórca pokazuje nam też wiele innych rzeczy. Czasami są one chwilą oddechu od strzelanin i akcji, a czasami wręcz przeciwnie – są jej innym rodzajem!

Rysunki McCrea nie są ani ładne, ani skrupulatne, ani nawet efektowne, ale za to idealnie przekazują treść komiksu. Są dość surowe, brutalne i ekspresyjne, dzięki czemu idealnie wpisują się w klimat panujący w SZALONYM Gotham City, gdzie zabójca goni zabójcę, a nawet psy mają supermoce. W sumie dość zabawnym i ciekawym faktem jest to, że McCrea nie trzyma się stricte jednego wyznaczonego stylu. Każdy zeszyt zawiera w sobie taką odrębność, inność, a jednocześnie pasuje do wszystkich pozostałych. Bardzo dziwne, ale to też nadaje dynamiki. Nie mam nic do zarzucenia.

Aha i do tego albumu nie dostajemy żadnych okładek, ani nic na końcu. Wszystkie okładki są przed każdym zeszytem. Za to na początku jest elegancki spis treści.

Podsumowanie: Komiks to jest bardzo prosty. Wręcz dziecinnie prosty, ale jednak zdecydowanie nie przeznaczony do młodszych odbiorców. Cudowny i sprytnie stworzony “odmóżdżacz” skwitowany adekwatnymi rysunkami. Brutalny, męski, potężny, a jednak często wholesome i milutki. Bardzo polecam, nie wahajcie się z zakupem! (Serio, już nie mogę się doczekać dwóch kolejnych tomów…)