Niecałe dwie dekady temu na rynku pojawił się pierwszy „Desperados”, którego wówczas wszyscy nazywali Commandosem na dzikim zachodzie i w żadnym wypadku nie była to złośliwa uwaga. Gra przyjęła się ogólnie bardzo pozytywnie, jednak wydawałoby się, że u nas przeszła bez echa. Czy słusznie? Zdecydowanie nie, a teraz otrzymaliśmy już trzecią część przygód Johna Coopera!

Chcielibyśmy podziękować Koch Media Poland za udostępnienie klucza do recenzji – zachęcamy do odwiedzenia fanpage i pozostawienia po sobie śladu 🙂

Tym razem za produkcję odpowiedzialne jest studio Mimimi Games, które zasłynęło świetnym Shadow Tactics, a teraz na dobrą sprawę powtarzając historię sprzed lat, gdyż Desperados III na dobrą sprawę jest… tą samą grą, ale na dzikim zachodzie!

Na wstępie zaznaczę, że pierwszą część darzę wielkim sentymentem, dlatego od momentu pierwszej zapowiedzi trójki miałem spore oczekiwania, że ostatnio brakuje na rynku westernów, nawet mimo ogromnego sukcesu Red Dead Redemption II.

Długa podróż po dzikim zachodzie…

O najnowszym projekcie Mimimi Games zdecydowanie nie można powiedzieć, że jest wybrakowany. Twórcy przygotowali nam łącznie trzy rozdziały, które łącznie składają się z 16 misji, a każda z nich trwa przynajmniej godzinę i to tak przy najlepszych wiatrach – gra jest bezlitosna już nawet na normalnym poziomie trudności. Dark Souls wśród RTSów? Można by tak to nazwać.

Za każdym razem jesteśmy rzuceni na jeden konkretny, zamknięty teren, ale nie oznacza to, iż istnieje wyłącznie jeden sposób na wykonanie zadania. Po drodze znajdujemy różne elementy, które mogą okazać się kluczowe w wyegzekwowaniu naszego planu. Niejednokrotnie ujrzymy na ekranie informację o niepowodzeniu misji, także w momencie, gdy już któryś raz rzędu nie dajemy sobie rady, to po prostu możemy spróbować nieco innego podejścia, a kto wie – może to ono okaże się kluczem do sukcesu.

Twórcy zaimplementowali także system, który co chwilę (od minuty do dziesięciu, w zależności od ustawień) przypomina nam, aby grę w ogóle zapisać. Choć początkowo powiadomienia te mogą wydawać nam się bardzo irytujące, to uwierzcie mi – bardzo szybko okażą się dla was zbawienne. Nikomu nie życzę przechodzenia połowy misji od nowa, gdyż komuś po prostu nie chciało się wcisnąć jednego, wielkiego przycisku po środku pada.

Na sam koniec każdego zadania otrzymujemy oczywiście jego podsumowanie, wraz z „Symulacją” przebiegu całości. Dla największych hardkorowców (ja niestety nie dysponuję już taką ilością czasu…) czekają także „gwiazdki”, które można zdobyć za wykonanie określonych czynności dodatkowych, jak na przykład ukończenie całej misji… w 5 minut!

Zmysł taktyczny to mus! Jeszcze te lokacje i bohaterowie…

Jeżeli oczekujecie, że uda wam się przejść grę po prostu przebiegając z punktu A do B, to lepiej odpuście tę produkcję, o ile na najłatwiejszym trybie może i faktycznie dałoby radę to zrobić, tak jednak wydaje mi się, że nie dałoby w ten sposób rady wyciągnąć tego, co w Desperados najlepsze. Satysfakcja z faktu, iż nasz ‘pomysł” nam wypalił i przeszliśmy kawałek, dalej potrafi być nieziemska, nawet jeżeli wykonaliśmy dopiero 5% całego zadania!

Mózgownica leci na pełnych obrotach, gdyż decyzje często trzeba podejmować w miarę szybko, ale na ratunek przychodzi nam tryb „porachunków”, który zwyczajnie zamraża czas i pozwala nam na zaplanowanie konkretnych działań.

Dla wielbicieli pacyfizmu mam dobrą wiadomość – w dużej części przypadków w ogóle nie trzeba wykorzystywać przemocy i można przejść całość po cichu, jednak są momenty, które po prostu wymagają od nas ogłuszenia lub wyeliminowania oponentów, a możemy to zrobić na różne sposoby, szczególnie, iż nasi bohaterowie są bardzo zróżnicowani.

Przez całą rozgrywkę wcielimy się łącznie w 6 postaci, ale jedna z nich jest wyłącznie postacią poboczną, także nasza „drużyna” składać się tylko z pięciu, w tym z trójki znanych już nam charakterów.

Jako że gra stanowi prequel wydarzeń z jedynki i dwójki, to można się było spodziewać, iż dowiemy się nieco o przeszłości głównego bohatera – Johna Coopera, który musi być obrzydliwie bogaty, gdyż z jego kieszeni wylatuje nieskończona ilość monet, a wszystko po to, by odwrócić uwagę przeciwnika. Ze znajomych twarzy pojawia się także Doktor McCoy, czyli dziwaczny snajper, a także urodziwa Kate O’Hara, której urok niejednokrotnie uratuje nam skórę.

Poza tym poznamy Hektora, drużynowego „osiłka”, który wszędzie targa ze sobą pułapkę na niedźwiedzie, zwaną przez niego „Bianką”. Jest też on jedyną postacią, która w walce wręcz potrafi położyć najcięższych przeciwników, czyli Czarne Płaszcze. Wisienką na torcie okazuje się Isabelle, szamanka, która m.in. potrafi przejąć kontrolę nad oponentem.

Z takim wachlarzem umiejętności, sposobów na ukończenie misji jest naprawdę sporo, także nikt nie powinien się zanudzić. Poza tym sam design lokacji jest bardzo zróżnicowany i zachęcający do kombinowania.

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat…

Jednym z największych atutów „Desperados III” jest niewątpliwie klimat, który tworzony jest tutaj z wielu aspektów. Po pierwsze, sama strefa wizualna już pozwala nam poczuć ten dziki zachód, ale gdy do tego dorzucimy dialogi, które występują pomiędzy bohaterami, to dopiero zaczyna się jazda. Każda z postaci diametralnie różni się od siebie charakterem, co niejednokrotnie skutkuje zabawnymi dialogami, docinkami et cetera.

Jak na RTS (Chociaż nie jestem pewien, czy to aby poprawne określenie?), to nie brakuje tu także przerywników, które standardowo pojawiają się na początku i końcu misji, a w niektórych przypadkach też w trakcie. Wszystkie zrealizowane zostały na silniku gry, także zapomnijcie o ultra realistycznych klipach, rodem z kina, ale w moim mniemaniu, to właśnie taki styl pasuje do tej gry najbardziej.

Całość jeszcze napędza sama historia, w której zwrot akcji, goni kolejny zwrot, co w moim przypadku było nieco problematyczne, gdyż biorąc pod uwagę, ile czasu zajmowało mi przejście jednej misji, to naprawdę z wielkim bólem uruchamiałem kolejną… Niestety – to za bardzo wciąga!

Graficznie, muzycznie, technicznie…

Nie oszukujmy się – grafika w tej grze nie powala i całość wygląda bardziej na re-skin Shadow Tactics, ale z drugiej strony jest to spory plus, gdyż wszystko dalej wygląda dobrze, a jednocześnie nie ma przesytu szczegółami, które przy takiej grze mogłyby być bardzo uciążliwe. Świetnie spisuje się ścieżka dźwiękowa, która kipi od westernowego klimatu. Nie jest to może poziom np. „Unshaken” z Red Dead Redemption II, ale dalej muzycy wykonali kawał solidnej roboty.

Bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie podejście do tematu sterowania. Byłem bardzo ciekaw, jak rozwiążą ten problem na konsoli, ale ostatecznie wyszło wszystko bardzo przyzwoicie. Całość przychodzi w miarę naturalnie, a w momencie, gdy jednak sytuacja wymaga od nas zrobienia kilku rzeczy naraz, to zawsze pozostaje tryb porachunków. Bardziej mógłbym się przyczepić do pomniejszych bugów, gdzie „wykrywanie” przez przeciwników nie zawsze działało, jak powinno, albo z niewiadomych przyczyn nie mogłem się gdzieś wspiąć.

Dla niektórych może być problemem także długość gry. Około 20-30 godzin to nie jest mało i tak, jak w wymienianym już powyżej dziele Rockstara nie sprawia to takiego problemu, tak w Desperados III może niektórym wkraść się monotonność.

Rewelacyjny powrót na rynek…

Podsumowując – otrzymujemy kawał solidnej i porządnej gry, która ucieszy nie tylko fanów oryginału, ale i wielbicieli tego typu gier. Poza tym warto napomnieć, iż jest to produkcja skierowana do szerszego grona, gdyż nie trzeba nawet znać historii poprzednich części, gdyż jak już wcześniej wspominałem – mamy do czynienia z prequelem. Kochacie dziki zachód? Uwielbiacie kombinować? Chcecie przeżyć ciekawą i satysfakcjonującą przygodę? Sięgnijcie po Desperados III 🙂