Już od początku „Odrodzenia” było wiadome, że coś jest nie tak w uniwersum DC. Ktoś, coś mocno namieszał i tym razem nie był to Barry Allen, a jakiś przepotężny byt. Spekulowało się, iż chodzi o pewnego niebieskiego jegomościa znanego doskonale z „Watchmen”. Czy przypuszczenia te sprawdziły się?

Komiks zawdzięczam  Gandalf.com.pl, którzy poza ogromną biblioteką komiksów, mają do zaoferowania także mnóstwo filmów czy figurek kolekcjonerskich. Chciałbym im podziękować za podesłanie tomu do recenzji! Gorąco zachęcam do skorzystania z ich oferty

„Strażnicy” Alana Moore’a to niewątpliwie jeden z największych klasyków komiksowej branży, który pomimo upływu ponad trzech dekad nie zestarzał się tak mocno i wciąż stanowi kawał świetnej lektury. Nic dziwnego, że przez lata nikt nie pokusił się o żadną kontynuację tego dzieła, w szczególności, iż sam autor wyraził się jasno, że nie życzy sobie żadnych sequeli, bo uważa, iż stworzył kompletną, zamkniętą historię i nie powinno się jej ruszać.

Po 30 latach włodarze DC jednak postanowili tę markę wskrzesić i sam Geoff Johns miał podjąć próbę stworzenia powieści rozgrywającej się po wydarzeniach z oryginału, jednocześnie tworząc z niej punkt kulminacyjny dla trwającej wtedy serii „Odrodzenie”.

Choć zapowiadało się obiecująco, to ciągle opóźnienia wprowadziły delikatny chaos w planie wydawniczym niebieskich, a porządek prawdopodobnie zaprowadzi obecnie trwający Death Metal, który już zdążył wyjaśnić kilka spraw.

O co dokładnie w „Doomsday Clock” chodzi? Akcja komiksu rozgrywa się siedem lat po wydarzeniach z oryginału. Wielki plan Ozymandiasza runął w gruzach i wystawiono za nim list gończy. Okazuje się, że Veidt skrywa się i współpracuje z samym…Rorschachem!

Spokojnie, mimo że powroty do życia to chleb powszedni w świecie superherosów, tak tutaj nie zdecydowano się na ten zabieg, a po prostu za plamistą maską znajduje się ktoś zupełnie nowy, chociaż osobiście uważam, że chociaż facet charakterek ma, to do Kovacsa mu jednak daleko.

Panowie werbują jeszcze dwójkę dziwacznych kryminalistów i wyruszają poszukiwać samego Doktora Manhattana, aby spróbować go przekonać, by ten posprzątał bałagan, który Veidt po sobie pozostawił. Trafiają tym sposobem do innego świata, w którym okazuje się, że wcale nie jest lepiej, a jego mieszkańcy właśnie zaczęli buntować się przeciwko ich bohaterom.

Tak pokrótce i bez zdradzania ważnych elementów prezentuje się historia „Zegara zagłady”. Czytając opinie na temat tego komiksu, wydaje mi się, iż ludzie często zapominają, iż nie mamy do czynienia z typową kontynuacją danej serii, a Johns nawet nie starał się udawać, że próbował stworzyć coś równie ambitnego i ponadczasowego.

„Doomsday Clock” to przede wszystkim punkt kulminacyjny „Odrodzenia” i właśnie w ten sposób powinno się do tej powieści podchodzić. Otrzymujemy mnóstwo odpowiedzi na dręczące nas od lat pytania, które nie tylko rozjaśniają nam cały obraz, ale i powoli sprzątają zaistniały w międzyczasie bałagan.

Fani sporej ilości akcji także pewnie będą zawiedzeni, bo całość jest mocno przegadana i okazjonalnie stanie się coś bardziej widowiskowego, co akurat świetnie wpasowuje się w tonację historii. Zresztą w oryginale było całkiem podobnie, także nie powinno to zbytnio nikogo dziwić.

Warto pochwalić pana Geoffa za to, jak sprawnie udało mu się przenieść niektóre charaktery ze świata Strażników do uniwersum DC. Johns bez wątpienia rozumie bohaterów, któych mu powierzono i w pełni oddaje ich charaktery.

Na pewno nie jest to komiks, o którym będzie wspominało się przez lata, nie jest niczym przełomowym oraz rewolucyjnym. Osobiście uważam, że jednak nie można też mówić o profanacji powieści Alana Moore’a, gdyż były szef DC sprawnie zaadaptował Watchmenów na potrzeby własnej historii.

Wielkie uznanie należy się Gary’emu Frankowi, który odpowiada za strefę wizualną powieści. Artysta w rewelacyjny sposób oddaje klimat oryginału, nieco go usprawniając, a także dopasowując do zgoła odmiennego świata bohaterów DC.

Czuć tu ten „mrok”, tę ciężkość, którą świetnie oddaje mocna kreska, a stonowane kolory perfekcyjnie wprowadzają czytelnika w klimat. Rysunki zdecydowanie stanowią jeden z największych walorów tego komiksu, przez które lektura jest o wiele bardziej przyjemna.

Nie jest to powieść dla wszystkich, bo bez znajomości obecnych wydarzeń z DC, to na dobrą sprawę nie mamy czego tu szukać. To historia skierowana typowo dla fanów dzieł spod szyldu niebieskich i to głównie oni powinni sięgnąć po „Zegar Zagłady”. Ponownie wspomnę, że nie jest to w żaden sposób dzieło wybitne, ale autorzy nawet tego nie ukrywają, oferując satysfakcjonującą opowieść, która ma spore znaczenie dla całego uniwersum.