Cofając się pamięcią do wczesnych etapów mojej edukacji, pamiętam, gdy rodzice zaopatrzyli się w kopię „Piekielnej Głębi” thrilleru traktującego o zmodyfikowanych rekinach, gdzie w głównych rolach występowali m.in. Thomas Jane i Samuel L. Jackson. Pamiętam, że film zrobił wtedy na mnie nie małe wrażenie i wciągnął na całego, dlatego też ucieszyłem się niezmiernie, gdy po prawie 20 latach powstała jego kontynuacja.

Niestety ta okazała się jednym wielkim rozczarowaniem, dlatego też, gdy i premierę miała trzecia część, to nie spieszyłem się, aby ją obejrzeć.

Teraz, dzięki wydawnictwu Galapagos, któremu dziękuję za kopię do recenzji, miałem okazję zapoznać się z tym dziełem na spokojnie we własnym zaciszu domowym. Czy „trójka” rekompensuje błędy poprzedniczki i powraca do poziomu oryginału?

Tym razem w główną rolę wciela się Tania Reymonde, którą można kojarzyć m.in. z Goliatha lub Zagubionych. Odgrywa ona postać Dr Emmy Collins badającą wpływ klimatu na żarłacze białe, które co roku przypływają na malutką wyspę „Little Happy”, aby się rozmnażać.

Niestety wszystko się komplikuje, gdy na wyspę przybywa były Pani Doktor dowodzący grupą „naukowców”, którzy muszą zmierzyć się z konsekwencjami incydentu mającego miejsce w poprzedniej części.

Jedną z największych wad dwójki była po prostu wszechobecna nuda i powtarzalność, gdyż przez większość seansu można było odnieść wrażenie, iż bohaterowie kręcą się wyłącznie po jednym korytarzu. W „Piekielnej Głębi 3” już niemalże od samego początku jesteśmy wrzuceni w wir akcji. Choć zabrakło tu scen, które będzie można wspominać przez dekady, to jednak twórcy starali się zapewnić nam rozrywkę na każdym możliwym kroku.

Już samo przybycie naukowców i wyjaśnienie ich celu buduje napięcie, nie tylko dlatego, że przybywają z niezbyt pozytywnymi wiadomościami, a z tego powodu, iż to właśnie ten konkretny, niezwykle kompetentny zespół się musi tym zająć.

Choć w tytule występuje słowo „Głębia”, to na pewno nie ma co oczekiwać takowych dialogów. Bohaterowie są napisani bardzo prosto, nie charakteryzują się niczym wyjątkowym, co już może nam podpowiadać, jaki jest zamysł tej produkcji – zapewnić widzowi odmóżdżającą, satysfakcjonującą rozrywkę.

Choć dzieło to jest bezpośrednią kontynuacją filmu Darina Scotta, to na każdym kroku stara się ignorować swojego poprzednika, starając się dorównać swojemu pierwowzorowi i muszę przyznać, iż John Pogue, czyli reżyser trójki, nawet sobie z tym poradził.

Pełno tu wielkich eksplozji, zatapiających się domów i samych rekinów. Niestety warunki lokalizacyjne nie pozwalają na uzyskanie AŻ takiego napięcia, jak w pierwszej części, głównie ze względu, iż w tych ala slumsach brak długich, wąskich korytarzy powodujące u widza klaustrofobię, a dla rekinów – idealne pole do manewru, co starano się zastąpić scenami nurkowania, które wywoływały dość podobne odczucia.

Graficznie i audiowizualnie jest na naprawdę dobrym poziomie, rekiny wyglądają jak żywe, a muzyka idealnie komponuje się z całokształtem. Imponować może także sama reżyseria – niektóre ujęcia świetnie oddają piękno podwodnego życia. Są to rzeczy, które na pewno ucieszą oko niejednego widza.

Czy „Piekielną Głębię 3” można nazwać dobrym filmem? Pod względem krytycznym – oczywiście, że nie, ale przecież nie taki był zamysł tej produkcji. To świetny odmóżdżacz, przy którym człowiek po prostu może się zrelaksować i odpocząć od  tych wszystkich ambitnych produkcji. Nie jest to dzieło wybitne, ale daleko mu od bycia  tragicznym.

Także, jeżeli macie ochotę na nieco rozrywki, to zdecydowanie zachęcam do seansu dzieła Johna Pogue. To 103 minuty wypełnione akcją, a jeżeli to za mało, to w wersji DVD, poza filmem, znajdziecie jeszcze materiał zza kulis, który przedstawia proces produkcyjny.