Jakiś czas temu mogliście przeczytać moją recenzję pierwszego tomu Steve’a Rogersa: Kapitana Ameryki od Nicka Spencera, w której zachwalałem odważną decyzję scenarzysty, który z naczelnego harcerzyka Marvela zrobił ukrytego agenta Hydry (a właściwie przy pomocy kosmicznokostkowych machinacji sprawił, że Steve się za takiego uważał – mniejsza ze szczegółami) – i to takiego, którego, o zgrozo, mimo wszystko dało się lubić. Co zatem stanie się, gdy w ręce Rogersa-faszysty wpadnie możliwość absolutnej władzy nad całymi Stanami Zjednoczonymi Cóż, stanie się Tajne Imperium.

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Misterne plany, które w dwóch poprzednich tomach snuł Steve w końcu wchodzą w życie: najpotężniejsi herosi zostają uwięzieni w kosmosie przy pomocy niemożliwej do przebicia tarczy osłaniającej całą kulę ziemską, rezydujący w Nowym Jorku bohaterowie wpadają w sidła Blackouta i Zemo, którzy zamykają ich w mrocznym wymiarze Darkforce, a garstka pozostałych  Avengerów jest ostatecznie pokonana przez Rogersa i jego świtę, dzięki czemu Hydra może zająć Biały Dom. A to dopiero pierwszy z jedenastu zeszytów głównego eventu. Krótko mówiąc – jest gorzej niż źle.

Spencer kontynuuje wątki poruszane przez siebie w zeszytach poprzedzających Tajne Imperium – całe opasłe tomiszcze to przede wszystkim przestroga dla nas wszystkich, aby nigdy nie podążać ślepo za autorytetami, nieważne, jak krystalicznie czyste i anielsko dobre mogą wydawać się na pierwszy rzut oka. Chociaż niekoniecznie mogą okazać się tajnymi agentami neonazistowskiej organizacji, to powierzenie nadmiaru władzy jednostce – czy to człowiekowi, czy to partii – nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Kontekst polityczny komiksu może dla jednych wydawać się mocno in-your-face ­– często słyszałem opinie, że superbohaterowie nie jest od uczenia i filozofowania, tylko od czystej radości z eskapistycznego lania się po facjatach, niemniej sam uważam, że warto co jakiś czas sięgnąć po pozycję która pod warstwą kolejnej historii o trykociarzach skrywa jakiś ciekawy komentarz społeczny czy spostrzeżenie na temat otaczającego nas świata. A to Spencerowi wychodzi fantastycznie – w pierwszym tomie przygód nazi-Rogersa wychwalałem aluzje do współczesnych, rzeczywistych wydarzeń i chociaż w Tajnym Imperium nie są już one aż tak oczywiste, znajdą się i tutaj, wywołując przede wszystkim żal, że jako gatunek ludzki dotarliśmy do tak nieciekawych czasów.

Niestety, Tajne Imperium cierpi na od lat znaną bolączkę, która w najwyższym potrafi znokautować nawet znakomity komiks: jest jednym ze słynnych WIELKICH EVENTÓW MARVELA, PO KTÓRYCH NIC JUŻ NIE BĘDZIE TAKIE SAMO (spoiler: praktycznie zawsze w sumie wszystko wraca do normy, bo status quo nie oszczędza nikogo). I niestety, dramat bohaterów desperacko walczących o uwolnienie USA spod reżimu Hydry, czy wewnętrzny konflikt Steve’a, który mimo wszystko nie jest kręcącym wąsa złoczyńcą, a kimś, kto do końca wierzy, że robi dobrze (tyle że jego wizja dobra jest powykręcana przez faszystowską propagandę i słodki smak totalnej kontroli nad wszystkim, no cóż) gubią się w liście punktów, które musi wypełnić standardowy event Marvela. A to jakiś mocno pozbawiony większego sensu zwrot akcji, a to ktoś sobie zginie, a to czas na wielkie mordobicie, a tu ktoś pojawia się znikąd, a jak chcesz wiedzieć, z jakiego właściwie nikąd, to ups, trzeba przeczytać zeszyt uzupełniający. I tak wciągająca drama polityczna przeplata się z generyczną superbohaterszczyzną tak, że po przeczytaniu ani nie jest się w pełni zadowolonym, ani szczególnie zdegustowanym.

Nad Tajnym Imperium pracował szereg różnych rysowników – Rod Reis, Leinil Francis You, Rachelle Rosenberg, Jesús Saiz, Daniel Acuña czy legenda komiksów z Kapitanem Steve McNiven, ale według mnie na szczególne wyróżnienie zasługuje Andrea Sorrentino. Kojarzyć go możecie choćby z jego licznych współprac ze scenarzystą Jeffem Lemirem, choćby przy seriach takich jak Staruszek Logan czy Gideon Falls, a jego wyjątkowa, operująca odważnymi, głębokimi cieniami kreska rozpoznawalna jest wręcz na kilometr. Najlepiej jednak Sorrentino posługuje się kadrami – najlepiej widać to w ilustrowanym przez niego zeszycie z Free Comic Book Day, gdzie rozbijające się na coraz mniejsze panele idealnie budują napięcie aż do przerażającego momentu z ostatniej strony. Warto też zwrócić uwagę na jego kolory – w tym samym zeszycie, operując praktycznie wyłącznie odcieniami czerwieni i szarości nadaje fenomenalnej atmosfery strachu i bezsilności.

Mimo paru wad, dla mnie Tajne Imperium to jeden z najlepszych eventów Marvela ostatnich lat, który nie tylko stanowił świetne dopełnienie sagi Spencera, ale i zapoczątkował okres świeżości w uniwersum Marvela, które od dłuższego czasu wydawało się być mocno zagubione (komentarz na temat tego stanu rzeczy znajdzie się też w samym komiksie). Niestety, nie mogę z czystym sumieniem polecić go nowym czytelnikom – mimo wszystko Tajne Imperium to jednak zakończenie trylogii tomów Spencera i jeśli weźmiecie się za nie bez znajomości dwóch poprzednich, możecie bardzo szybko się pogubić. Polecam więc od razu zainwestować w wszystkie trzy komiksy i zagłębić się w fascynującą lekturę – poznacie Kapitana Amerykę od takiej strony, o jakiej jeszcze nie śniliście.