Niejednokrotnie wspominałem, iż czuję się czarną owcą w rodzinie, gdyż nie do końca podzielam fascynację internautów „Ligą Sprawiedliwości” Scotta Snydera. Owszem, seria wypada o niebo lepiej, niż to, co zaprezentował nam wcześniej Hitch, jednakże osobiście mocno przeszkadzał mi chaos, który oferował ten amerykański pisarz. Z tego powodu moje oczekiwania co do „Szóstego wymiaru” były nieco mniejsze, dlatego też zapewne pozytywnie się zaskoczyłem. Dlaczego? O tym poniżej!

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Snyder w ostatnim czasie na pewno nie mógł narzekać na brak obowiązków. Poza recenzowaną właśnie serią miał na głowie także takie tytuły jak „Ostatni Rycerz na Ziemi”, „Batman, który się śmieje”, czy właśnie sam „Metal” i „Death Metal”, czyli wydarzenia, które mają ustanowić ład i porządek po wszystkich dotychczasowych kryzysach, a nie da się ukryć – trzeba do tego nie lada talentu.

Tom skupia się na tytułowym „Szóstym wymiarze”, do którego nasi bohaterowie trafiają w poszukiwaniu pomocy w powstrzymaniu największego rywala SupermanaLexa Luthora, który jest bliski celu, czyli przebudzenia perpetui. Oczywiście pomocy tej będą szukać u swoich odpowiedników, którzy najwidoczniej musieli robić coś dobrze, gdyż ich świat jest jedną wielką utopią.

Świat bez skazy od razu nasuwa myśl, iż gdzieś tu musi być haczyk i jest nim nikt inny, jak Alfeusz, czyli Kowal Światów, którego poznaliśmy właśnie w „Batman: Metal”.  Na dodatek poza samym Lexem, oliwy do ognia dolewa sam Mxyzptlk, który powoduje problemy na skalę zdecydowanie nieadekwatną do jego wzrostu.

Otrzymujemy w ten sposób ciekawą i rozbudowana historię, w której ważą się losy całego multiwersum, a wszystko to przedstawione jest wszakże w zwykłej, regularnej serii, jaką jest „Liga Sprawiedliwości”. Z tego powodu należą się duże brawa dla scenarzysty, któremu świetnie udało się to wkomponować w całość, nie przekraczając jednocześnie pewnej granicy, która oddziela całość od absurdu, którym często jesteśmy częstowani aż w nadmiarze, gdy mowa właśnie o większych eventach.

W komiksie, gdzie tak mocno eksponowana jest problematyka wieloświatów i jeszcze na dodatek pojawia się magiczny skrzat (Mowa oczywiście o Mxy’m!), oczywiste jest, iż spotkamy się z pewnymi niedopowiedzeniami i nieścisłościami, jednakże osobiście zupełnie nie przeszkadzało mi to w lekturze, gdyż pomimo sporej ilości akcji i wagi wydarzeń, które mają w tym tomie, Snyderowi w końcu udało się wszystko odpowiednio stonować, eliminując chaos do minimum.

Właśnie przez to wszystko bardzo pozytywnie się zaskoczyłem „Szóstym Wymiarem” i mocno szanuję Pana Scotta za sposób, w jaki to wszystko rozegrał. Na spore uznanie należy się także wszystkim artystom odpowiedzialnym za warstwę graficzną tytułu. Ten komiks wręcz tętni życiem! Świetnie ukazane kadry, bardzo przyjemna dla oka kreska, a także znakomicie dobrane kolory, które rewelacyjnie oddają klimat komiksu. Czytając niejednokrotnie, aż żałowałem, że całość nie jest zanimizowana.

„Szósty wymiar” to wielki skok jakościowy w stosunku do poprzednich zbiorczych wydań, a także nadzieja na jeszcze lepsze kontynuacje. Scott Snyder definitywnie odrobił lekcje i zaprezentował nam bardzo ciekawy komiks, który powinna spodobać się każdemu wielbicielowi grupowych historii z superbohaterami.