PODZIEL SIĘ

Scott Snyder już w przypadku „Batman: Metal” pokazał jak stworzyć kawał solidnej i ciekawej historii, dlatego wieść, iż to właśnie on ma przejąć „Ligę Sprawiedliwości”, niezwykle mnie ucieszyła. Niestety pierwszy tom, choć pełen dobrych pomysłów, nie do końca mnie zachwycił, także z niewielkim dystansem podszedłem do „Cmentarzyska Bogów”. Czy tym razem było lepiej?

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Justice League z serii „DC: Odrodzenie” nie należało do najlepszych. Owszem  – nie da się odmówić Hitchowi potencjału, jednak facet ten zdecydowanie nie potrafił do końca złożyć wszystkiego w kupę. U Snydera jest już inaczej i od samego początku przedstawia nam w miarę przemyślaną i zorganizowaną historię.  W poprzednim tomie mieliśmy do czynienia z nowym spektrum – ultrafioletem, który za sprawą Sinetro nieco pomieszał Johnowi Stewartowi w głowie. Teraz na naszych bohaterów czyha inne niebezpieczeństwo – miejmy nadzieję, że Liga ma wystarczającą liczbę kół ratunkowych, bo tym razem świat czeka globalny potop! Żeby tego było mało – kontakt z tą kosmiczną wodą zamienia wszelakie istnienie w rybo-podobne istoty!

Ponownie podążający ścieżką niesprawiedliwości Lex Luthor wraz z Legionem Zagłady zawarł sojusz z…Dawno zapomnianymi, podwodnymi kosmitami, którzy chcą wymierzyć Ziemi sprawiedliwość za to, co ich kiedyś spotkało. Dowiadujemy się też, iż arch-nemesis Supermana lubi trzymać w piwnicy wyjątkowe byty i wcale nie chodzi tu o małe kotki.

Świetnie przedstawia się motyw mitologiczny w tym tomie, otrzymaliśmy nie tylko nowe, potężne bóstwa, ale i przerażające stworzenia (Kraken śmierci) czy kilka legend lub przesłanek. Cała ta mistyczna otoczka dodaje niesamowitego klimatu całej powieści. Autor także powoli prowadzi nas przez całą fabułę, najpierw kładąc odpowiednie fundamenty pod nadchodzące wydarzenia, a następnie serwując nam na pół zeszytu kadry, z których akcja się wręcz wylewa.

Tym razem jest o wiele bardziej spójnie, niż w „Totalności”, a ewentualne „głupotki” fabularne, Scott stara się naprawiać w trybie natychmiastowym. Warto podkreślić także, że Snyder zdecydowanie rozumie poszczególnych bohaterów, wydobywając z nich wszystko, co najlepsze, a „przywrócenie” Lexa na jego prawowite miejsce, jest tego najlepszym dowodem. Pisarz nie stawia w tym przypadku na oryginalność, ale tutaj to zdecydowanie zaleta. Stali czytelnicy pochłoną ten tom w ekspresowym tempie, gdyż od samego początku poczują więź z herosami. Reszta natomiast nie powinna mieć kłopotu, aby się odnaleźć, gdyż jeżeli Ligę kojarzycie głównie z animacji, to poczujecie się jak w domu.

Przyczepić się można do tempa rozwoju fabuły, gdyż zanim autor przechodzi do akcji, to mija dosłownie pół tomu, jednak pozwoliło mu to na dokładne poprowadzenie historii, której na dobrą sprawę nic nie brakuje. Scott wyciska ze swojego konceptu 110%, oferując nam pełnowartościową historię, której kontynuacji doczekać się nie można. Warto napomnieć, że polskie wydanie nieco różni się od amerykańskiego – u nas zabrakło 28. Zeszytu „Titans”, ale biorąc pod uwagę komentarze internautów, to żadna szkoda, a wręcz zaleta.

Może to zabrzmieć nieco dziwnie, jednak jestem zdania, że najlepiej wypadła…szata graficzna powieści! Jest niezwykle efektownie i szczegółowo, bardzo solidna kreska i niesamowicie dobrane kolory. Mam wielką słabość do zabawy światłem w komiksach, także „Cmentarzysko Bogów” podbiło moje serce i pod tym względem. Artystów odpowiedzialnych za rysunki było czterech, ale tylko w  jednym przypadku zauważymy różnicę – chodzi się o 12. Zeszyt, za który w większości odpowiedzialny jest Frazer Irving. W tym przypadku do czynienia mamy z nieco bardziej artystycznym stylem rysunków, który świetnie komponuje się z tą mitologiczną otoczką.

W ostatecznym rozrachunku otrzymujemy kawał solidnej historii, której strefa wizualna wręcz błyszczy. Jednym może przeszkadzać nieco powolny rozwój akcji, ale tych wytrwałych czeka następnie mnóstwo kadrów, gdzie słowa zamieniono na pięści, prawie jak Mortal Kombat! Lektura zdecydowanie godna polecenia, nieważne czy komiksowemu wyjadaczowi, czy zwykłemu zjadaczowi chleba.