Niecałe pół roku temu opublikowano pierwszy tom Hitmana, czyli komiksu, który liczy już sobie 23 wiosny, a u nas pierwotnie wydanego  w 2006 roku pod szyldem Mandagory. To dzieło Ennisa, które porównałem wcześniej do filmów akcji klasy B, niezwykle przypadło mi do gustu i z niecierpliwością czekałem na jego kontynuację, co właśnie nastąpiło. Czy tym razem także jestem równie zadowolony z lektury? Tego dowiecie się z poniższej recenzji.

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

W międzyczasie nadrobiłem sporo dzieł Gartha Ennisa, którego brutalny, mroczny i zwariowany styl pokochałem. Hellblazer, Kaznodzieja, czy Chłopaki to zdecydowanie nie są grzeczne komiksy i pozbawione są jakiejkolwiek poprawności politycznej, a autor bez żadnych skrupułów szydzi ze wszystkich i ze wszystkiego.

Jednak żadna inna lektura nie pochłonęła mnie, jak właśnie Hitman. Komiks ten nie stara się być w jakikolwiek sposób ambitny, ani przedstawić nam głębszej, bardziej skomplikowanej fabuły. Przygody Tommy’ego charakteryzuje prostota i to jest właśnie w nich najpiękniejsze.

W ramach przypomnienia – Tommy Monaghan to płatny zabójca z Gotham, który przypadkowo otrzymuje pewne supermoce. Nie jest to jednak byle jaki rzezimieszek, gdyż starannie wybiera ofiary i zawsze to są osobniki, bez których Gotham jest tylko lepsze. Ot taki Batman, ale z nieco luźniejszym kodeksem moralnym.

Drugi tom rozgrywa się chwilę po wydarzeniach z pierwszego. Tym razem na samym początku otrzymujemy podgląd na skorumpowaną policję w Gotham, w której właśnie dokonano zawieszenia jednej z przykładniejszych oficer, czyli Tiegel – kobiety, która wydaje się, że zagości w życiu głównego bohatera na nieco dłużej.

Sam Tommy obecnie jest na swoistego rodzaju L4, gdyż dalej dochodzi do siebie po poprzedniej bitwie. Spokój nie trwa długo, co raczej nie powinno nikogo dziwić, wszakże wybryki Monaghana spowodowały, iż niejeden pragnie jego śmierci.

Gorzej, gdy jedną z broni wymierzonych w naszego Hitmana jest sam Green Lantern (tym razem świeżynka – Kyle Rayner), który nie był dla niego zbyt wielkim wyzwaniem i dość szybko przekabacił go na swoją stronę, a nawet doprowadził do sytuacji, w której ten winien jest mu browara!

Zabójca na swojej drodze spotka także ociekającą seksapilem Catwoman, powróci i sam demon Etrigan, który dalej chowa do Monaghana sporą urazę. Zapomniałbym także o najważniejszym – piekielne pomioty, z którymi musiał zmierzyć się (anty?)bohater, również będą chciały się na nim odegrać.

Każdą z tych historii charakteryzować będzie mnóstwo spluw, ogromna ilość strzelanin oraz dużo humoru. To niezwykle odprężający komiks, który wciąga swoją prostotą, a także bardzo sensownie przemyślaną konstrukcją całokształtu. Oczywiście to nie jest tak, iż strzały padają na każdym kadrze. Bohaterowie dość często i dużo rozmawiają, choć nie jest to tak odczuwalne, gdyż po wszystkich tych pogawędkach zawsze coś się wydarzy.

Ponownie będę także wychwalał szatę graficzną, a przypominam, iż wiele komiksów z tego okresu nie zestarzało się zbyt dobrze. Niezwykle niechlujne, minimalistyczne rysunki, mocna ciemna kreska, a także ponure kolory idealnie odwzorowują klimat przebrzydłego Gotham oraz całej tej zbirowatej otoczki.

Jednak warto napomnieć, iż nie jest to styl, który przypadnie do gustu każdemu. Osobiście początkowo musiałem się nieco do niego przekonać, ale zapewniam, iż zazwyczaj jest to kwestia 2-3 zeszytów i jesteśmy w pełni pochłonięci.

Jeżeli czytaliście pierwszy tom, to nawet nie mam co was namawiać byście sięgnęli po drugi, bo pewnie już to zrobiliście. Dla was, którzy myślą aby dopiero zacząć przygodę z Hitmanem, to gorąco was do tego zachęcam, szczególnie gdy brakuje wam czegoś prostego, relaksującego oraz niezbyt politycznie poprawnego.