PODZIEL SIĘ

To już dziesiąty tom przygód Mrocznego Rycerza spod pióra Toma Kinga. Jego Batman do tej pory spotyka się z mieszanymi opiniami.  Jednym wizja pisarza zupełnie nie przypadła do gustu, a innym, w tym mnie, bardzo spodobał się sposób, w jaki kreował całą historię. Niestety od momentu „Ślubu” było czuć znaczny spadek jakości. Czy „Koszmary” przerywają tę pechową passę?

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Akcja kontynuuje wątek rozpoczęty w „Drapieżnych Ptakach”, choć początkowo czytelnik może czuć się zagubiony i nie rozumieć do końca co się dokładnie dzieje, gdyż pozornie otrzymujemy kilka osobnych historii, które ostatecznie łączą się w całość. Tom przywita nas historią, w której Batman będzie badał sprawę morderstwa…Państwa Wayne?

Następnie gacka czeka konfrontacja z Profesorem Pygiem, powróci także „Panicz Bruce”, czyli dziecko z obsesją na punkcie miliardera. Znajdzie się także nieco miejsca dla Constantine’a i Questiona, oraz jeżeli podoba wam się motyw „Superfriends”, który King rozpoczął w „Zaręczonych”, to szalona przygoda Seliny z Lois powinna przypaść wam do gustu.

„Koszmary” to nieco abstrakcyjne i postmodernistyczne podejście do tematu, które nie do końca wie , czym dokładnie chce być. Całość także potrafi zmienić się z typowego horroru w luźną, komediową opowieść.  Wielu internautów zarzuca Kingowi ograniczone lub powtarzające się dialogi. Jeżeli należycie do tej grupy, to trzeba mieć na uwadze, iż tutaj jest ich co niemiara.

Już w poprzednim tomie tempo postępowania historii stało się bardzo powolne i wtedy było to całkiem zrozumiałe, jednak tym razem wydaje się, że jest jeszcze gorzej. W ostatecznym rozrachunku otrzymujemy wgląd na to, jak wygląda umysł Bruce’a i o ile jest to całkiem ciekawy zamysł, to rozbicie tego na taką ilość zeszytów było zupełnie nietrafionym pomysłem.

Jeżeli oczekiwaliście wyjaśnienia sytuacji z ostatniej strony „Drapieżnych ptaków”, to także spotkacie się zawodem. Owszem – Flashpointowy Batman faktycznie się tu pojawia, ale…tarzając się na golasa z Bane’em. Całkowicie niezrozumiały przeze mnie zabieg, który ani nie okazał się ciekawy, ani nie miał zbyt wiele sensu.

Pod względem graficznym jest bardzo różnorodnie i to w  dobrym tego słowa znaczeniu. Każdy z koszmarów przedstawiony jest w innym stylu, a każdy z nich perfekcyjnie oddaje klimat, który towarzyszy poszczególnym historiom. Walka z profesorem Pygiem wypada niczym psychodela, a scena pościgu stonowana jest do kilku zimniejszych kolorów. Choć może to nieco zmęczyć oczy, to wypadło ciekawie i pozytywnie wpłynęło na odbiór całokształtu.

Ciężko mi określić moje odczucia co do „Koszmarów”. Historyjki tam opowiedziane są w porządku i ciekawe, sam koncept „psychoanalizy” Wayne’a także na plus, jednak mam wielkie obiekcje do tego, że fabuła praktycznie nie postępuje. To już drugi tom wyczekiwania na jakąś konkretną akcję, choć jak wyżej już zostało wspomniane, całość dało się skrócić o przynajmniej dwa zeszyty i w ich miejsce wstawić coś, co faktycznie popchnęłoby opowieść dalej.

To nie jest zły tom, jednak w porównaniu do dotychczasowych tomów spod pióra Kinga, ten wypada najsłabiej. Autor powinien nieco odpocząć, ale z drugiej strony, to nie pozostało zbyt wiele numerów do końca jego wizji Batmana. Osobiście mam nadzieję, iż z następną częścią wróci wszystko do normy i otrzymamy to, za co pisarza szanuję najbardziej – niekonwencjonalne podejście do postaci Mrocznego Rycerza.