PODZIEL SIĘ

Nie tak dawno wydano na naszym rynku serię „Dark Nights Metal”, w której nasi superbohaterowie musieli ponownie powstrzymać koniec całego multiwersum. Jednym ze złoczyńców, który narobił najwięcej bałaganu, jest zupełnie nowa postać, a dokładniej Batman, który się śmieje. Po tych wydarzeniach otrzymał on swój solowy tytuł, który właśnie możemy przeczytać w naszym rodzimym języku. Warto sięgnąć po ten komiks?

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Wyżej wymieniony „Metal” zebrał bardzo skrajne opinie. Jedni docenili „surowość” tego tytułu, innych natomiast odrzucił chaos, którego tam nie brakowało. W moim osobistym odczuciu potencjał tej historii został zdecydowanie niewykorzystany. Świetne motywy i momenty przeplatane z zupełnie nietrafionymi pomysłami, przegadanymi scenami (wpływ Tyniona IV?) oraz nie zawsze do końca jasnymi dla czytelnika wydarzeniami.

Dlatego do „Batmana, który się śmieje” pochodziłem bardzo ostrożnie, choć byłem nastawiony pozytywnie, głównie ze względu na samą kreację tego bohatera. Dla niewtajemniczonych: Batman Who Laughs to wersja Mrocznego Rycerza, który został zainfekowany toksyną Jokera – teraz wyobraźcie sobie geniusz gacka w połączeniu z szaleństwem Jokera – złoczyńca idealny?

Tenże zwariowany jegomość pojawił się w Gotham i to tym na Ziemi-0, czyli domu dla naszych kanonicznych historii spod szyldu DC. Czego chce? Zagłady świata? Czy może władzy nad nim? Albo chodzi o rewanż na Brusie? Z tym ostatnim na pewno jest coś na rzeczy, gdyż nasz Największy Detektyw Świata co jakiś czas odnajduje zwłoki…samego siebie?

Okazuje się, że ciała pochodzą z innych ziem, a Wayne’owie, których spotkała śmierć, żyli szczęśliwe życie, w którym nie musieli zakładać co wieczór peleryny i spuszczać łomot Pingwinowi czy innemu Riddlerowi.

Poprzednio Bat-Jokera wspomagało sześciu innych „zmiksowanych” i złowrogich wersji Nietoperza – tym razem jest tylko jeden, a nazywany jest Ponurym Rycerzem, którego najłatwiej nazwać Punisherem od DC. Jeżeli zastanawialiście się, co by się stało w momencie, gdyby tamtej pamiętnej nocy w pewnej uliczce Gotham młody panicz sięgnął po broń i zastrzelił Joego Chilla, to właśnie otrzymaliście odpowiedź. Już zwykły Batman jest niebezpieczny, a co dopiero ten posługujący się bronią

Wydawałoby się, że nasz superheros jest w kropce, prawda? Sposób, w jaki sobie poradzi z nowym, przerażającym zagrożeniem pozostawiam do odkrycia wam, gdyż zdecydowanie jest to jeden z ciekawszych elementów tej powieści. To bardzo intrygująca historia,  która powinna spodobać się zarówno fanom klasycznego Batmana, jak i bardziej świeżemu czytelnikowi. Nie brak tu detektywistycznych momentów oraz scen, w których Wayne po raz kolejny udowadnia, jak potężny ma umysł.

Osobiście uwielbiam oglądać relacje Alfreda z paniczem, które zawsze mocno chwytają mnie za serce. Pan Pennyworth to złoty człowiek, którego zdecydowanie tym tomie nie brakuje i jest on wielkim wsparciem dla Mrocznego Rycerza.

Historia zdecydowanie jest warta uznania, jednak jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to do tego, że momentami wydawało mi się, iż jest nieco sztucznie przedłużana. Tak zeszyt mniej i byłoby idealnie, ale to może być tylko moje marudzenie.

Najbardziej zaskoczyła mnie szata graficzna, jednak nie jestem w stanie określić czy pozytywnie, czy też przeciwnie. Sięgając po ten komiks, spodziewałem się czegoś w stylu Metalu. Bardzo szczegółowych rysunków w stylu typowym dla obecnych serii. W tym przypadku jest…ponuro! Momentami wręcz wydawałoby się, że niektóre kadry są specjalnie brzydkie, aby podkreślić klimat całej powieści. Mdłe kolory, spora ilość czerni, ciężka kreska to atrybuty cechujące „Batmana, który się śmieje”. Wyjątkiem jest jeden zeszyt, a dokładniej ten poświęcony Ponuremu Rycerzowi. Tu warstwą graficzną zajął się Eduardo Risso, którego styl całkowicie odbiega od reszty tomu i niekoniecznie pasuje mi do całokształtu powieści.

Podsumowując – jeżeli „Metal” nie bardzo trafił w wasze gusta, jednak podobała wam się cała otoczka oraz postać Batmana, który się smieje, to zdecydowanie jest to komiks dla was. Ciekawa, wciągająca historia, w której nie brakuje także brutalnych scen akcji.

Warto także zaznaczyć, iż jest to historia wpisująca się w kanon obecnych wydarzeń Uniwersum DC, także, jeżeli chcecie być na bieżąco ze wszystkim, to i lektura tej powieści was nie ominie.  Polecam także każdemu, kto lubi  „mroczniejsze” podejście do tematu – osobiście wydaje mi się, że tytuł mógłby wiele zyskać, gdyby był wydany w ramach serii „Black Label”, ale kto wie – może za jakiś czas otrzymamy jakiś niekanoniczny spin-off w tych klimatach.