Wyobraźcie sobie kraj, w którym przez siedem dni w tygodniu musicie nieustannie pracować. Kraj, w którym nie ma świateł na ulicach. Kraj, w którym większość głoduje i wciąż kłania się temu jednemu, potężnemu wodzowi. Tak, mówię tu o Korei Północnej, której przygnębiający obraz pokazał nam Guy Delisle w Pjongjangu.

Na początek pranę podziękować księgarni Gandalf za podesłanie nam komiksu do recenzji. Na ich stronie gandalf.com.pl znajdziecie szeroki wybór książek, komiksów, filmów, gier planszowych, zabawek i wiele, wiele więcej!

Guy Delisle jest znanym na całym świecie pisarzem oraz animatorem. Jego travelogi właściwie urosły do rangi reportarzy, więc przez wielu jest również uważany za reportera oraz felietonistę. W Pjongjangu, jak nie trudno się domyślić, opisuje on swoją podróż do tej słynnej Korei Północnej, którą znamy głównie z vlogów na YouTubie, ciekawostek oraz portali informacyjnych, w których słychać o coraz to gorszych działaniach tego kraju.

Nie jest to żaden poradnik podróżniczy, opinia ani nawet zbiór wiedzy na temat kraju, to po prostu swego rodzaju dziennik, w którym Delisle dzieli się z nami spostrzeżeniami na temat tego jakże dziwnego państwa.

Od samego początku pobytu w Korei, nasz bohater mierzy się z różnymi przeciwnościami. Już na lotnisku musiał dostosować się do dziwacznych, na nasze standardy, przepisów. Od zakazu posiadanie komórki czy “świerszczyków” po niemożność chodzenia samemu po Pjongjangu, samej stolicy reżimu dżucze.

To jest komiks pełen refleksji. Niektóre narzuca nam autor, który np. opisuje swoje niedowierzanie bezkrytycznym uwielbieniem wodza czy absurdy pokroju zakazu używania samochodów w niedzielę. Jak to reportaż. Ale w trakcie czytania, my, czytelnicy również możemy spostrzec kilka ciekawych rzeczy.

Przez jakoś 1/4 albumu widzimy postać samotnika, zgubionego człowieka, który nie wie, w jakiej rzeczywistości się znalazł. Mi było wręcz trochę żal Guya, bo wydawał się takim naprawdę osamotnionym gościem. Jednak wraz z rozwojem historii dowiadujemy się, że Delisle tak naprawdę jest bardzo zabawnym, otwartym i sympatycznym człowiekiem. Po prostu nowa aura miasta tak go przygnębiła, i pokazał to w taki sposób, że nie było mi szkoda tylko samego animatora, ale także wszystkich mieszkańców Korei, którzy zmuszeni są żyć w tak okropnej rzeczywistości.

Mimo, że sam komiks jest krótki i niezwykle prosty w swojej formie, to zaskakujące jest, jak bardzo szczegółowo przebiega cała podróż. Mamy tu opisy każdej pojedynczej wycieczki, każdej pojedynczej imprezy, a także krajobrazów, wyglądów, opisów osób czy… wiedzy z zakresu animacji!

Lwia część opowieści trochę bardziej przybliża nam kraj i w pewnym sensie otwiera go na obcych. W internecie znajdziemy dość radykalne opinie. Jedni mówią, że KRLD to całkowicie złe państwo, gdzie nie można robić totalnie nic. Za to drudzy będą krzyczeć o wolności jaką daje ten przepiękny kraj, a kapitaliści się nie znają.
Guy Delisle przedstawia kompromis, taki środek, prawdziwy wygląd tego dziwnego miejsca. Opowiada o wszelkich brudach, absurdach, głupotach. Daje nam znać, że to kraj opresji, propagandy, a ludzie naprawdę nie mają tu łatwego życia. Jednakże pokazuje też żyjących tam obcokrajowców, otwarte uniwersytety czy większy dostęp do mediów zagranicznych.  Ja serio nie wiedziałem, że w KRLD jest w ogóle uczelnia otwarta dla obcokrajowców i – co ciekawe – bardzo popularna.

Dzięki temu, że widzimy ten kraj oczami Delisle’a możemy razem z nim przeżywać pewne zaskoczenia i emocje. Przez kilka stron jest opisany dzień, w którym razem z kumplem chodzili sobie na imprezę, robili piknik z tłumaczem oraz przewodnikiem, żeby zaraz otrzymać widok totalnie przestraszonych ludzi, którzy zrobią wszystko dla jednostki, która ich opresjonuje.
Przy okazji muszę wspomnieć o tym, że ten komiks nie jest zbudowany jak typowe opowieści obrazkowe. Jak wiecie, lub nie, ten rodzaj sztuki charakteryzuje się ciągłością akcji i kontynuowaniem poprzednich działań. Kolejna strona jest rozwiązaniem poprzedniej, a wywodzi się to już ze średni… nie ważne, popłynąłem. Po prostu nasz autor ma trochę taki bałagan jaki panuje w prawdziwym dzienniku. Jedna strona wcale nie musi kontynuować poprzedniej. Może opowiadać o czymś zupełnie innym, tak samo jak następny kadr czy następna plansza. To jest jednocześnie ciekawe, ale i powoduje ogromną trudność w odbiorze. Sam jestem osobą, która trudno się skupia, więc było to niemałe wyznanie (chociaż polecam w tle włączyć sobie jakieś japońskie Battotai czy inne marsze wojenne, wtedy jest fajniejszy klimat i łatwiej wsiąknąć!).

Rysunki nie są ładne, ani nawet średnie. Są po prostu brzydkie. Ale one mają takie być. Głównym zadaniem tych tworów ma być ekspresyjność, która jest świetna. Delisle wręcz idealnie oddaje emocje tym śmiesznym, wręcz karykaturalnym stylem. Dzięki samemu sposobowi my, czytelnicy, też możemy poczuć wiele rzeczy. Te puste niekiedy ulice Pjongjangu, ciemność, czy niezręczne sytuacje, które niekiedy przytrafiały się naszemu podróżnikowi. (Aha i te obrazki często są bardzo UwU)

Podsumowując, nie jest to komiks dla każdego. Zdecydowanie nie dla dzieci, a za to jak najbardziej dla młodzieży. Jest trudny w odbiorze, ale satysfakcjonujący i dodatkowo mega wartościowy, bo przynosi dużo wiedzy (nt. ideologii, animacji czy samej KRLD). Jeśli szukasz pięknych dzieł graficznych to nie tutaj. To przede wszystkim książka dla miłośników geografii, polityki i socjologii, a kupicie ją tutaj -> KLIK. Ja osobiście serdecznie polecam i nie zawaham się sięgnąć po kolejne dzieła Delisle’a. Dostaniecie je tutaj, na stronie Gandalfa -> KLIK!