PODZIEL SIĘ

Lubicie filmowego Doktora Strange’a? Chcielibyście nieco poczytać o jego przygodach, ale nie wiecie się za co zabrać? Egmont wydał właśnie pierwszy tom przygód tego czarodzieja, ale nie bójcie się – komiks, a film to dwie różne pary kaloszy! Nie zmienia faktu, że jest to kawał dobrej  i wciągającej historii z Doktorem w roli głównej.

Na początek pragniemy podziękować wydawnictwu Egmont za podesłanie nam komiksu do recenzji i zachęcamy do wspierania polskiego rynku komiksowego poprzez kupowanie na ich stronie, Egmont.pl!

Już kilka pierwszych stron wystarczy nam, aby dobrze i z wystarczającą wiedzą wejść w historię. Te pierwsze ilustracje mają na celu zapoznanie nas z dotychczasowymi wybrykami i osiągnięciami Mistrza Sztuk Mistycznych. Do tej pory jego najtrudniejszymi przeciwnikami byli Dormammu i Shuma-Gorath, których oczywiście pokonał, ale musiał za to zapłacić wysoką cenę, gdyż jak głosi Monako – Książe Magii: “Za magię trzeba płacić. Za moich czasów, za każdym razem, gdy rzuciłem zaklęcie i wracałem do domu, to pierwsze co robiłem, to topiłem jednego ze swoich królików”. Pierwszego z nich poznaliśmy bliżej w filmie Doktor Strange. Natomiast Shumę widzieliśmy tylko przez kilka sekund w magazynie Kolekcjonera.

Po pierwszych zeszytach zostajemy wrzuceni w sam środek magicznego życia w Nowym Yorku. Z każdą stroną poznajemy nowe postacie powiązane z przygodami Strange’a. Oprócz tego dowiadujemy się także jak wygląda świat oczami Stephena oraz jak wiele niebezpieczeństw z innych wymiarów czyha na nas, zwykłych ludzi, za rogiem. Poznajemy również przesympatyczną bibliotekarkę, która z czasem zostaje odpowiedzialna za porządek w bibliotece nowojorskiego Domu Magii. Dowiadujemy się również kto stoi za zabójstwami czarodziejów oraz przez kogo magia znika z Multiversum.

W kolejnych rozdziałach widzimy najazd Empirikulów na wszystkie ośrodki magii na Ziemi. Stajemy się świadkami kolejnych pojmań i tortur na ziemskich czarodziejach. Niestety Scarlet Witch, Doktor Strange, Szaman, Doktor Voodoo i wielu innych superczarodziei nie daje rady najeźdźcy i magia znika z terenów ziemskich. Ale czy aby na pewno cała magia? Nie, Strange wierząc swojemu przekonaniu pochował magiczne przedmioty znalezione w ciągu ostatnich miesięcy po najdziwniejszych i jeszcze nie nazwanych zakątkach Ziemi. Ziemscy obrońcy magii bez niej są bezbronni, więc w łatwy sposób zostają porwani przez przywódcę przeciwników. Jednak jeden z nich decyduje się oddać życie, aby jego kompani mogli uciec.

Uciekinierzy decydują się na podjedzie próby zebrania pozostałości magii z Ziemi, nie jednokrotnie ryzykując przy tym życie. W między czasie ludzie mający styczność z magią licznie przybywają do Himalaj, do siedziby mnichów Strange’a, którzy krwawią i cierpią, aby on mógł dłużej bronić ludzkości. Stephen widząc tłumy ochotników nakazuje im odejść. Przenosimy się już na Bleecker Street 177A w Greenwich Village, gdzie odbędzie się finałowy pojedynek Magii z Inkwizytorami. Ale przed tym, czas na uświadomienie publiczności, że w nowojorskiej piwnicy przy wyżej wymienionym adresie znajduje się monstrum, które zna jedynie ból i cierpienie. To dzięki niemu Doktor wychodził przez tyle lat żywy z każdego starcia.

Przejdźmy już do finałowego starcia, gdzie magicy na czele ze Scarlet Witch z łatwością pokonują kolejnych inkwizytorów. Natomiast Strange (łuk + topór) staje do pojedynku z  Imperatorem (laser + supersiła). Nie chce wam dalej spoilerować, dlatego przejdźmy do rezultatu pojedynku, który wygrał Doktorek. Jednocześnie uwalniając “Potwora z piwnicy”. Czyżby to on był przeciwnikiem w następnych tomach?

Do tego tomiku zbiorowego dodany został również komiks Doktor Strange: The Last Days of Magic, który traktuje między innymi o niespodziewanym zniknięciu Doktora Voodoo’u oraz o tym, co działo się na świecie podczas pierwszego pojedynku Stephena z Imperatorem.

Jak zapewne zauważyliście w powyższym tekście komiks jest pełen zwrotów akcji i nie daje nam chwili na złapanie oddechu. Non stop coś się dzieje. Dlatego radziłbym zaplanować sobie jedno kilkugodzinne posiedzenie przy tej jakże wciągającej lekturze. Co do fabuły nie mam żadnych zastrzeżeń, bo zamykając jeden wątek otwiera kilka nowych, co daje nam nadzieję na jeszcze więcej akcji i doktorskiego humoru w następnych tomach. Jasonowi Aaronowi należą się gromkie brawa za zmieszczenie tak obszernej historii na zaledwie 300 stronach.

Trudno znaleźć mi pozytywy co do grafik, bo wyglądają one w większości jak narysowane przez opętane dziecko. Co jednak nadaje całości mrocznego klimatu, którego nie brakuje w komiksowych przygodach Stephena Strange’a. Niejednokrotnie przyglądając się bliżej ilustracjom możemy odnieść wrażenie jakby rysownik zapomniał o pewnej scenie. Jedynymi pozytywami jakie znajduje w tych ilustracjach to wszędobylskie easter eggi, od których aż roi się na niektórych stronach. Za grafiki odpowiedzialny był Chris Bachalo.

Link do komiksu w sklepie Egmont.pl: [KLIK].