PODZIEL SIĘ

Chociaż Geoffa Johnsa już chyba nikomu interesującemu się światem komiksu przedstawiać nie trzeba, mimo wszystko się postaram: niespełna pięćdziesięcioletni scenarzysta komiksowy, serialowy i filmowy w trakcie swojej dwudziestoletniej póki co kariery stał się – nie bójmy się tego powiedzieć – prawie że legendą komiksu, a przynajmniej jednym z najbardziej znanych twórców. I chociaż pisze praktycznie wyłącznie dla DC, nawet ja, od lat czytający tylko Marvela z paroma wyjątkami, znam chociaż kilka jego komiksów – słysząc jego nazwisko od razu przychodzi na myśl czy to jego Shazam!, Aquaman czy JLA z New 52, czy to jego kultowy już run Flasha oraz Flashpoint, czy choćby kończący się za chwilę niesławny Doomsday Clock. Najczęściej jednak Johnsa kojarzy się z jego Green Lanternem, który praktycznie zredefiniował współczesne spojrzenie na Hala Jordana i korpus.

Na początku chcielibyśmy serdecznie podziękować wydawnictwu Egmont za użyczenie nam kopii komiksu do recenzji! Zachęcamy was do wspierania polskiego rynku i kupowania na Egmont.pl.

Muszę przyznać, że z uwagi na to jakim mistycznym wręcz zachwytem owiana była Najczarniejsza Noc, trochę bałem się za nią zabrać –  bynajmniej nie ze względu na rozmieszczone po całej okładce zzombifikowane wersje bohaterów i złoczyńców DC. W życiu nie trzymałem wcześniej w rękach komiksu o Zielonych Latarniach – jasne, coś tam kojarzyłem z kreskówek z dzieciństwa, coś tam z samego faktu obracania się po grupkach komiksowych, konwentach i prelekcjach, coś tam z tragicznego filmu z Ryanem Reynoldsem (który ponadto powstawał mniej więcej w okresie oryginalnego wydania tego komiksu, więc zarówno w przed- jak i w posłowiu czytamy o tym, jak to świetnie to wygląda na planie i jak genialny film o Latarniach zobaczymy niedługo w kinach. Cóż, wyszło jak wyszło.), ale praktycznie cały mythos postaci zarówno z licznych korpusów, jak i z samego uniwersum DC – a przewija ich się tu multum – był mi praktycznie obcy. Ale co zrobić, jak zaczynać, to z przytupem.

Co ciekawe Egmont zdecydował się od wydania trzeciej części czegoś uważanego za Zielono-latarniowską trylogię Johnsa, pomijając Green Lantern: Rebirth i Sinestro Corps War. To w tych dwóch historiach Johns wprowadził po raz pierwszy wszystkie pozostałe korpusy z emocjonalnego spektrum kolorów – Czerwone, Żółte, Pomarańczowe i Niebieskie Latarnie, Star Saphires i plemię Indygo,  a także podłożył podwaliny pod przepowiadaną od tysięcy lat Najczarniejszą Noc. Ten tom zaś już na początku wrzuca nas w atmosferę, która będzie panowała już do końca komiksu – oto ciemną nocą na cmentarzu Hal Jordan stoi nad grobem zmarłego Batmana, a po chwili dołącza do niego niedawno ożywiony (a przez to będący równie mocno w tyle z poprzednimi wydarzeniami z uniwersum DC co ja) Flash i dwójka znajomych zaczyna wspominać stare czasy i wszystkich, których ostatnio stracili – a oprócz Bruce’a Wayne’a byli to choćby Marsjanin Łowca, Aquaman, Elongated Man i jego żona, Sue Dibny czy połowa Firtestorma. Gdy bohaterowie opuszczają cmentarz, z cienia wyłania się ożywiony przez Czarny Pierścień Black Hand, stary wróg Hala Jordana i Latarni, i przy akompaniamencie makabrycznej przysięgi Czarnych Latarni wykopuje on czaszkę Batmana i zaczyna ją… lizać. Wtem widzimy jak przez kosmos niczym szarańcza przelatuje chmara Czarnych Pierścieni – tak zaczyna się Najczarniejsza Noc, koniec wszelkiego światła i początek wiecznej śmierci.

Jak sprawić, byśmy przejmowali się śmiercią w komiksach superbohaterskich, medium, które zwyczajnie z niej kpi? Nieważne, jakiego bohatera lubisz najbardziej, istnieje 99%-owa szansa, że umarł co najmniej raz – i że co najmniej raz w jakiś sposób się odrodził, czy to fingując własną śmierć, czy to przez magię, czy to podróż międzywymiarową lub w czasie, zderzenie uniwersów czy inny skomplikowany sposób. Sam Hal Jordan w momencie akcji Najczarniejszej Nocy nie tak dawno temu był martwy, to samo tyczy się Flasha czy Green Arrowa. Czy w takim wypadku czytelnik może w ogóle bać się komiksowej kostuchy? Cóż, jeśli zrobi się z niej gigantyczną, niezabijalną armię zombiaków rozsianych po całym wszechświecie i wyrywających żywym serca, by ładować nimi gigantyczną Latarnię napędzaną przez truchło Antymonitora, okazuje się, że można. Armia umarłych Johnsa wydaje się nie mieć słabości: nie tylko wykorzystuje fakt, że każdy jej żołnierz ma historię i emocjonalne powiązania z przeróżnymi żywymi bohaterami, toteż umarlaki co chwilę manipulują bohaterami, wypominają im fakt, że nie uratowali ukochanych przed śmiercią i wyciągają brudy z przeszłości, ale też gdy tylko uda im się kogoś zabić – a uwierzcie, udaje się często – z czaszki Batmana Black Hand od razu wyjmuje następne Czarne Pierścienie. Bohaterowie więc popadają w coraz większą desperację i gdy czytając co stronę widzimy, jak nasi ukochani bohaterowie dosłownie tracą serca, udziela się ona również nam. Gdy po raz pierwszy dowiadujemy się, do czego zdolni są ożywieńcy, kiedy to żywe trupy o twarzach Sue Dibny i jej męża, Elongated Mana atakują Hawkmana i Hawkgirl, przepełnia nas nie tylko strach przed powykręcanymi i wyschniętymi ciałami dawnych herosów, ale i smutek – bo w za chwilę w tragicznej scenie widzimy, że Czarne Latarnie nie będą miały żadnej litości dla dawnych przyjaciół. Śmierci i wzruszeń zatem będzie tu wiele (uwaga, dam tutaj mały spoiler: moment, gdy ginie Gen, ukochana Jasona, nowego Firestorma, który nie może nic na to poradzić, bo sam siedzi w ciele jednego z zombiaków i praktycznie własnymi rękami zabija własną narzeczoną, co niemiłosiernie ciągnie się przez kilka stron, nawet mną wzdrygnął, a wcześniej nie miałem nawet pojęcia o istnieniu tej dwójki kochanków), ponadto Johns nie szczędzi od makabry – krew się leje, kolejne postacie są przebijane, rozczłonkowywane i rozrywane, a krawędziowe teksty o nadchodzącej śmierci, która pochłonie wszystko i wszystkich, rzucane są z każdej możliwej strony.

I chociaż z początku ta horrorowa atmosfera świetnie mi pasowała, zwłaszcza, gdy skupialiśmy się praktycznie tylko na czterech postaciach – Halu Jordanie, Flashu, Merze i Atomie, komiks szybko przypomina nam, że mimo wszystko jest wielkim crossoverowym eventów, i w związku z tym zalicza każdy punkt z listy wad towarzyszących każdemu gigantycznemu wydarzeniu. Co chwilę więc pojawiają się nowe postacie, które zaraz albo znowu znikają, albo giną, a im dalej w las, tym bardziej przepełnienie bohaterami i umarlakami daje się we znaki. W ostatnich zeszytach Johns dał chyba rysownikowi Ivanowi Reissowi wyzwanie, by upchnąć jak najwięcej rozkładówek z jak największą ilością postaci, jak to tylko możliwe. I chociaż wychodzi mu to zaskakująco dobrze, to momentami oczopląsu można dostać w kolorowym chaosie Latarni we wszystkich kolorach tęczy, bohaterów, złoczyńców i zgniłoszarych zombiaków. Oprócz tego co rusz rzuca się w nas zwrotem akcji za zwrotem akcji, cliffhangerem za cliffhangerem, aż w końcu następuje ich przesyt i niektóre momenty nie zaskakują aż tak, jak powinny. Ponadto wręcz biją nas po oczach momenty, które mają ewidentnie służyć jako wielka tabliczka z napisem „Podoba się? No to kup tie-iny, bo tutaj się więcej nie dowiesz!”, przez co dochodzi do tak kuriozalnych rzeczy ja to, gdy Hal Jordan, teoretycznie główny bohater całości, znika na praktycznie dwa zeszyty, czy gdy Spectre zostaje zmieniony w Czarną Latarnię – czemu towarzyszy genialnie narysowana pionowa rozkładówka na dwie strony – deklaruje, że idzie po Hala Jordana, po czym… nigdy więcej go nie widzimy.

Z perspektywy całości są to jednak tylko niewielkie zgrzyty, bo jak na tak ambitny event, Najczarniejsza Noc wypada zaskakująco schludnie i ani na moment nie zwalnia tempa – bohaterowie co chwilę uciekają przed kolejnymi tabunami żywych trupów, zbierają pozostałych, reorganizują się, szukają sposobu na pokonanie armii umarlaków i przy tym starają się nie załamać przez spotykające ich na każdym zakręcie tragedie. W tle cały natomiast czas widzimy tajemnicze ładowanie procentów mocy Czarnej Latarni, co bardzo sprawnie buduje napięcie i gdy w końcu dochodzi ono do stu, to wiemy, że czeka nas porządna rozwałka – i tak właśnie się dzieje.  Do tego w ostatnich zeszytach praktycznie co chwilę mamy, czasami może i dość tanie, ale i tak epickie i bardzo satysfakcjonujące momenty, przy których aż krzyczeć się chce „hell yeah!”, a w końcu takie jest główne zadanie wielkich eventów – dawanie czytelnikowi prostej i skutecznej frajdy z oglądania gigantycznych bitew i patrzenia na swoich ukochanych herosów w akcji. Pochwalić tez trzeba tu odpowiedzialnego za rysunki Ivana Reissa, któremu chyba przy pracy nad Najczarniejszą Nocą musiały odpaść obie ręce – ilość szczegółów i postaci pojawiąjących się momentami na kartach komiksu przyprawia czasem o ból głowy, w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczenia. Reiss świetnie oddaje przytłaczające bohaterów emocje – gdy Flash po raz pierwszy słyszy o wszystkich bliskich mu ludziach, którzy zginęli w trakcie, gdy on sam był uwięziony w Speed Force, widzimy wszystko, co czuje – ból, smutek, żal, wręcz rozpacz. Gdy pędzi co sił, by pomóc swoim przyjaciołom w walce, na jego twarzy maluje się mistrzowsko narysowany grymas zmęczenia i determinacji. Ponadto wszystkie projekty zarówno Czarnych Latarni, jak i paru innych kostiumów, które naszym bohaterom udaje się przywdziać na łamach komiksu są przemyślane i świetnie wykonane, a sama wizualna narracja jest spójna i klarowna, co pomaga nie zgubić się w wypchanej po brzegi historii. Ponadto kiedy nadchodzi szczególny moment, czy to cliffhanger na koniec zeszytu, czy to triumf jednej ze stron konfliktu życia ze śmiercią, dwustronowe pionowe rozkładówki Reissa, niezwykle bogate w szczegóły i przytłaczające swoją skalą spisują się idealnie. Warto też wspomnieć o dodatkach, które w swoim wydaniu dołożył Egmont – dla laików takich jak ja mamy krótkie wprowadzenie, na koniec  też możemy poczytać komentarze i przemyślenia twórców do każdego z ośmiu zeszytów, czeka na nas również galeria okładek, szkice koncepcyjne i, co ciekawe, scenariusze do usuniętych scen.

Chociaż Najczarniejsza Noc to żadne dzieło filozoficzne dywagujące na temat życia i śmierci, to ta pełna akcji, humoru i wzruszenia ciekawa wariacja na temat opowieści o apokalipsie zombie nie tylko niezwykle mi się podobała, ale i zachęciła do sięgnięcia po inne historie Johnsa o Latarniach. Jeśli w Polsce zostanie wydana kontynuacja tej opowieści, Brightest Day, a na razie się na to niestety nie zapowiada, z chęcią zobaczę, jaka boska kosmiczna siła tym razem utrudni życie Hala Jordana i reszty korpusu.