PODZIEL SIĘ

Uwaga, tekst może zawierać spoilery!

Zanim w ogóle zacznę, chciałbym się jeszcze odnieść do recenzji sprzed tygodnia, była mocno pochlebna i tego zdania nie zmieniam, chodzi o coś zupełnie innego. Czytając inne opinie spotkałem się z wieloma zarzutami dotyczącymi mocnego „upolitycznienia” epizodu, zbyt nachalnej promocji pewnych wartości i tak dalej. Mnie to nie przeszkadzało z jednego prostego powodu, nie powinniśmy zapominać, że seriale CW targetują PRZEDE WSZYSTKIM w amerykańskich nastolatków. Produkcje tego typu zawsze miały podobny statement, może trochę przesadzam, ale to tak jakby mieć pretensje, że podczas oglądania pornosa jesteśmy narażeni na zbyt dużą ilość scen erotycznych i golizny. Zwyczajnie takie rzeczy mają miejsce.

Przenieśmy się jednak do teraźniejszości. W tym tygodniu nie oglądałem jeszcze Flasha, więc nie będę miał pola do porównań. Może to i lepiej, ponieważ dostaliśmy kolejny epizod, który sam się potrafi obronić. Tym razem postaram się trochę ograniczyć w kwestii zadziwienia, ale to przecież Supergirl, uwierzcie mi, że to nie jest takie łatwe!

Ciało znalezione przez panią policjant poznaną w poprzednim odcinku doprowadza naszą detektywistyczną drużynę do „kosmicznego Fight Clubu”, który jest główną osią odcinka i prawie wszystkie wątki gdzieś tam się o niego rozbijają. Szanując jego pierwszą zasadę nie będę o nim dużo wspominał, ale jest to pomysł dosyć ciekawy, a i wykonanie całkiem spoko. Przyczepiłbym się może trochę do tego, że poprzedni sezon raczej skąpił nam kosmitów i dostawaliśmy zwykle po jednym villianie na odcinek i zwykle był to wielki szok. Tutaj już od początku jesteśmy zalewani całą ich maścią. Nie jest to wielka wada, ponieważ póki co serial utrzymuje się, pewnie też dzięki temu, na lepszym poziomie. To raczej błąd w konsekwencji, ale kurczę, to produkcja o kosmitach, a nie Breaking Bad.

super04

Statuetkę „Dramy Tygodnia” (od teraz tą prestiżową nagrodę będę przyznawał co tydzień) tym razem otrzymuje nasz już-nieostatni-marsjanin. Nawet bez specjalnych zgrzytów, bo jego perypetie z rodaczką były nawet ciekawe. Ten chciałby się połączyć z nią mentalnie, co pozwala mu na większą bliskość niż mógł sobie pozwolić dotychczas z jakimkolwiek innym człowiekiem… czy przybyszem z obcej planety. M’gann jednak ma przed tym pewne opory, bo naraża ją to na poznanie o niej całej prawdy, która może się okazać dużo ciekawsza niż sam fakt, że bierze udział w nielegalnych walkach… cliffhanger…

Kara ma kolejne zadanie w pracy, które wiąże się z ponownym spotkaniem z Leną Luthor. Ta druga po raz kolejny jej pomaga, ale że się tak dziwnie wyrażę – niegodziwość wisi w powietrzu. Więcej znaków nie warto poświęcać…

Mon-El, który w poprzednim odcinku okazał się nie taki zły jak go Kara malowała, jest testowany przez DEO, siedzenie na tyłku i rozbijanie cegieł niczym Bruce Lee zaczęło go już trochę nudzić, więc szuka możliwości wycieczki na miasto. Okazję daje mu głupi jak but Winn, który zabiera go na chlanie w barze, co kończy się kilkoma połamanymi kończynami i kacem. Oprócz tego wątek nie wnosi specjalnie wiele, bo wszystko i tak miało się skończyć treningiem i opieką Supergirl.

Moje poprzednie podejrzenia się sprawdziły, Alex załapie się na jakiś romantyczny związek z panią detektyw. Nie jest to póki co specjalnie ważne, więc jeszcze nie będę pisał o tym szerzej. Mówiąc jednak o wątkach tego typu warto wspomnieć, że zapowiada nam się duże nasilenie dramatów z powodu uczucia, które może połączyć Mon-Ela i Karę. Nie jest to jeszcze pewne, ale może i za drugim razem się nie pomylę, przecież scenarzyści Supergirl nie grzeszą wielkimi pokładami oryginalności.

Dużo streściłem, a niewiele oceniłem, więc i na to przyszedł czas. Odcinek trzymał poziom poprzedniego, a może był nawet trochę lepszy. Tym razem nawet efekty specjalne nie był takie złe, a natężenie teen dramy też nie było, nomen omen, dramatyczne. W wyniku tego dostaliśmy kolejny porządny odcinek. Czuję się w obowiązku znowu nadmienić, że ciągle jest to jednak skala „jak na Supergirl”. Nie zmienia to faktu, że seans był przyjemny, a Supergirl razem z Arrow, stały się moimi największymi zaskoczeniami.

Do przeczytania za tydzień!